Przewrażliwienie

Wśród środowisk LGBT burzę wywołały słowa Borysa Budki na temat dzieci w związkach partnerskich tej samej płci i problemach z wyobrażeniem sobie takiego właśnie dziecka „które mając dwóch ojców na dzień matki w przedszkolu musiałoby przyprowadzić tatę”.

Obrońcy słów posła zwracają przede wszystkim uwagę na żartobliwy charakter wypowiedzi, podkreślony niejako przez jego zastrzeżenie „nie chcę być infantylny, ale…” którym rozpoczął myśl.

Niektórzy zwracają też uwagę na przesadny ton oburzenia, zwłaszcza iż – po tym jak koalicja PO-PSL (choć głosami także i posłów Ruchu Palikota) wprowadziła w poprzedniej kadencji związki partnerskie.

„Należy zwrócić uwagę, iż osoby o, powiedzmy, niestandardowych zachowaniach seksualnych są już de facto zrównane w prawach z normalnymi obywatelami” – powiedział nam politolog Tygodnika Opinii. „W związku z tym – pole do grania oburzeniem powoli się tu kończy, nie mówimy tu o sytuacji w której państwo dalej aktywnie prześladuje określoną grupę społeczną niczym czarnoskórych w Stanach. To myślenie spiskowe”.

Wtóruje mu koleżanka partyjna posła Budki. „Mnie i mojej żony to absolutnie nie rusza. Znamy Borysa, kiedy całą partią uczestniczyliśmy w ostatnim Marszu Równości sam pomagał nam uszyć jeden z transparentów. Tylko raz zażartował że to zajęcie dla baby. No a nie jest?”

Wydaje się więc, że zarówno stałe i instytucjonalne wsparcie ze strony ugrupowania posła jak i też rządu przezeń popieranego oraz same jego indywidualne czyny pozwalają nam jednoznacznie ocenić, że nie ma tu mowy ani o systemowych ani też personalnych uprzedzeniach.

Ruch LGBT musi przestać myśleć o swoich sprawach w kategoriach prześladowań i nagonek, przestać ustawiać się w roli czarnego luda – a powinien zacząć po prostu korzystać z miriady praw wywalczonych – i wywalczanych dalej, przez III już kadencję pod rząd! – dla niego przez Platformę Obywatelską.

Panowie i panowie, panie i panie – trochę dystansu. Na żartach się kurwa nie znacie.

Reklamy

Woślitz

Woślitz na popijawie na kolegium Polityki mocno przeholował.

Następnego dnia, żeby rozwiać wątpliwości, wchodzi do gabinetu Włanickiego i pyta:

– Słuchajcie, czy domyśliliście się po wczorajszym, że jestem symetrycznym agentem?

– Nie – przyznał Włanicki.

Woślitz odetchnął z ulgą.

==================

Po całodziennym dniu ciężkiej służby dla dwóch konkurencyjnych stronnictw politycznych zmęczony Woślitz wrócił do domu.

Usiadł w fotelu i położył głowę na stole. Była to głowa Balcerowicza.

==================

Woślitz wszedł do gabinetu Włanickiego i spytał:

– Herr Włanicki, czy chciałby pan pracować jako pożyteczny idiota Szefernakera? Dobrze płacą w lajkach.

Włanicki zszokowany, podrywa się ze złością, potem przypatruje się podejrzliwie Woślitzowi.

Woślitz zaczyna wychodzić, ale zatrzymuje się i pyta:

– Gruppenführer, czy ma pan aspirynę?

Woślitz przeczytał u Piketty’ego że ludzie zawsze pamiętają tylko koniec konwersacji.

==================

Podczas tankowania samochodu na stacji benzynowej, Woślitzowi zachciało się zapalić.

Włożył do ust papierosa i już miał przypalić, kiedy nagle usłyszał głos policjanta:

– Zwariowałeś, człowieku? Chcesz nas wszystkich puścić z dymem, idioto?

To wtedy Woślitz znienawidził reżim i stał się libertarianinem.

==================

Gdy Woślitz był u Włanickiego w gabinecie, ten nagle krzyknął:

– Woślitz, ty masz czerwone majtki!

– Jak wie, że mam czerwone majtki, to wie, że jestem komunistą – pomyślał Woślitz.

– Tak, jestem komunistą!

– Co ty mi tu pieprzysz, Woślitz? Zapnij lepiej rozporek! – powiedział Włanicki.

==================

Włanicki postawił przed Woślitzem 10 litrów kraftów.

– Wpadłem – pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz i Sroczyński uciekają przed Liberałami.

Wpadają w ciemną uliczkę, z której nie ma wyjścia. Sroczyński zdążył się schować do śmietnika, a Woślitza złapali Liberałowie.

Kiedy go prowadzili i przechodzili obok śmietnika, Woślitz kopnął śmietnik i powiedział:

– Sroczyński, wyłaź. Już po wszystkim. Złapali nas!

==================

Woślitz idzie przez miasto. Zobaczył trzech mężczyzn palących na zmianę jednego papierosa.

– Doły społeczne – pomyślał Woślitz.

– Woślitz – pomyśleli redaktorzy gazeta.pl

==================

Woślitz poszedł do dołów społecznych, ale ani socjalistów ani komunistów ani nawet socjaldemokratów nie było.

– Pewnie nie sezon – pomyślał Woślitz, siadając obok flagi ze swastyką.

==================

Woślitz, spacerując latem nad rzeką, zauważył nad brzegu człowieka z wędką.

– Jak biorą? – zagadnął.

– Dobrze – odpowiedział człowiek.

– Ofiara neoliberalizmu – pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz, spacerując po berlińskich ulicach, ujrzał grupę smagłolicych mężczyzn z bujnymi ciemnymi brodami i w turbanach na głowach.

– Kiepskie sondaże– pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz wszedł do gabinetu i ujrzał martwego Włanickiego.

– Neoliberalizm – pomyślał Woślitz, przyglądając się rączce siekiery sterczącej z piersi.

==================

Woślitza postrzelił patrol Hitlerjugend.

To głos ludu – pomyślał Woślitz.

==================

Idzie Woślitz ulicami Berlina 45, wszędzie gruz i leje po bombach

– Tak działa neoliberalizm! – pomyślał Woślitz.

==================

Zebranie partyjne.

– Wyklęty powstań ludu ziemi!

Himmler i Muller patrzą dziwnie.

– Klasa średnia nie dorosła do rewolucji – pomyślał Woślitz.

 

 

Lewica jako pakiet

Osoby nawet dość pobieżnie śledzące mój profil na Twitterze zapewne znają mój – by to nazwać delikatnie – ambiwaletny stosunek do redaktora Wosia oraz szkół myślenia i metod poznawczych które promuje w swoich artykułach.

Z wielu michałków które przewijają się u redaktora – a niejako też, w różnym stopniu, u części innych para- wannabe- symetrystów – jednym z najbardziej pasjonujących łamane przez irytujących jest selektywne nastawienie do pakietowości lewicowej myśli politycznej.

O co w tym wypadku mi chodzi? Jak zawsze, o najprostsze lustereczko – tak jak syty korpomenago z centrum miasta głosujący na .N zakłada iż wystarczy być za legalizacją marihuaniny i związków partnerskich (w jakiejkolwiek formie) by móc szczycić się byciem „centrolewicowcem”, tak te wosiowe rozumienie lewicy oznacza iż z całego pakietu socjaldemokratycznego można wybrać michę i Marks nie siada.

Jedną kwestią jest zrozumiały namysł nad krótkoterminową taktyką wyborczą, rozkładem akcentów, etc. – rozważania czy polska lewica ma być bardziej „prorobo czy prohomo” są starsze niż KryPol i nudniejsze niż Sierakowski – inną jest jednak kwestia pogardy okazywanej przez rozmaitych akolitów wosizmu, tu cytat, „skansenowi obyczajowemu”. Gdzie, biorąc pod uwagę jak wiele (i słusznie!) linijek redaktor Woś poświęcił językowi pogardy IIIRP wobec ludzi pracy, można wymagać nieco więcej refleksji przed nazywaniem nagłaśniania codziennych dramatów życia w Polsce „skansenem”.

Dla mnie są to echa starych lewicowych lęków przed „piórami w dupie na paradzie”, przez które mamy udawać że Dominikowi z Bieżunia nic się nie stało; starolewicowa naiwność, iż wystarczy tylko kilka lat dochodu podstawowego by żony przestały być bite na śmierć przez mężów; paternalistyczna pycha warszawki, iż wystarczy zatrudnić Sebixów w spółdzielniach by przestali bić śniadych obywateli na ulicach.

Odraza do tego „skansenu” w tej czy innej formie jest całkiem popularna w rozmaitych kręgach naszego lewicowego piekiełka. Czy to w formie oszołomów dumnie noszących miano „lewicy antyfeministycznej”, czy też czerwonych odpowiedników republikanów w trzyrzędowych garniturach cichających z niesmakiem na niepoważnych zboczuchów szkodzących Sprawie i wzdychających do jakiegoś new age ideału Człowieka 2.0.

Tymczasem lewicowość i socjaldemokracja to właśnie pewien pakiet idei. Widać to po zachwytach redaktora Wosia nad rozmaitymi aspektami rządu PiS – jeśli przycinamy lewicę do kilku praktyk gospodarczych to nawet sympatyzująca z autorytaryzmem prawica staje się wyznawcą Marksa; w tym ujęciu nawet interwencjonizm ONR zapisany w programie tych znanych bolszewików jawi się jako awangarda zmian. Nie mówiąc już o manifeście faszystowskim Mussoliniego, który też zapowiadał walkę o 8-godzinny dzień pracy i ochronę praw robotników.

Praktycznie ciągle słyszymy wzdychanie do Skandynawii i jej socjaldemokratycznego cudu – i on się wziął właśnie m.in. z holistycznego wcielania w życie założeń lewicowej polityki. Na dodatek – z przyczyn nie tylko stricte ideowych ale i pragmatycznych. Wolne, kontrolujące swoje życie i mogące swobodnie pracować kobiety oznaczają większą bazę podatkową. Obywatele LGBT+ mogący swobodnie okazywać swoją tożsamość w sferze publicznej to obywatele zdrowsi i bardziej pożyteczni. Inkluzywne społeczeństwo otwarte na imigrantów oznacza swobodny przepływ idei i większą łatwość w zaspokajaniu popytu na siłę roboczą o różnym stopniu wykwalifikowania. No i kwestia działań policji, prokuratury i innych siłowych organów państwa – funkcjonariusze znający swoje kompetencje i podstawy prawne wykonywanych działań to nie tylko większe zaufanie ale na dłuższą metę także i większa efektywność.

Long story short – mogę powiedzieć jedno osobie, która określa się „lewicą antyfeministyczną” czy w ten czy inny sposób wyjada sobie odpowiednie kąski z bufetu socdemu.
Mogę powiedzieć – prawico, spierdalaj.

Seks w wielkim neoliberalizmie

W zeszłym miesiącu na łamach Krytyki Politycznej ukazały się dwa ciekawe artykuły – wywiad z camgirl KittyTease oraz felieton Świętej Ladacznicy, pracownicy seksualnej. Oba z tych tekstów podnosiły kwestię legalizacji pracy seksualnej a także samej natury tego zajęcia z perspektywy osób które dobrowolnie się jej podejmują – w tym relacji seks za pieniądze a feminizm.

Po pewnym czasie Krytyka opublikowała odpowiedź kryminolożki zajmującej się tematyką prostytucji, Magdaleny Grzyb. Odpowiedź mocno krytyczną, zrównującą niejako pracę na rzecz normalizacji wizji seksu ze wspieraniem mafii i handlarzy ciał. Zachęcam do lektury, mój własny komentarz skupiony głównie na metodologii i dekonstrukcji argumentów autorki – poniżej, w części I tej notki.

Artykuł odbił się szerokim echem w polskich środowiskach lewicowych – gdzie wielu polityków, działaczy a także sympatyków lewicy poparło jego tezy. Kilka wyimków z szerszej rozmowy na ten temat w części II.

Szersze konkluzje z tej debaty i wnioski nt. polskiej lewicy, feminizmu i stosunku do seksu – w części III. Pisząc notkę starałem się by czytelnik mógł zapoznać się z każdą z nich w dowolnej kolejności.

I

Na łamach Krytyki Magdalena Grzyb ogólnie krytykuje model (nazwijmy go tak dla uproszczenia)  niemiecki, wedle założeń którego Państwo legalizuje rynek usług seksualnych i aktywnie na nim działa.
Jako najpoważniejszy argument wysuwany jest fakt, iż mimo przyjęcia owego modelu przez takie kraje jak Niemcy czy Holandia doświadczyły one m.in. dalszego wzrostu handlu żywym towarem z krajów trzeciego świata – gdzie nielegalne imigrantki dalej stanowią większość prostytutek – a branża wciąż wymyka się próbom regulacji. W opozycji do tych rozwiązań autorka opisuje (choć niestety ich nie wymienia) państwa, które kryminalizując kupowanie seksu miały ograniczyć zjawisko handlu.

Z twierdzeniem tym mam jednak kilka problemów. Po pierwsze – metodologiczny.
Co świadczy o skuteczności kryminalizacji? Na ile zwiększenie kar i skupienie uwagi organów ścigania na danej sferze może przynosić trwałe efekty, na ile zaś przypomina o „sukcesach” odnoszonych w walce z narkotykami przez USA w erze Reagana czy polską policję na przełomie XX i XXI wieku? Gdzie dane dotyczące szarej strefy?

Co więcej – problem imigracji nie jest ograniczony tylko i wyłącznie do zagadnień prostytucji. Jak oceniać wpływ kryzysu migracyjnego i faktu, iż Niemcy czy Holandia są i jeszcze przez dłuższy czas będą finalną stacją dla uchodźców z krajów trzeciego świata?

I dalej – nie ma przykładu danych z innych państw stosujących ten model, nie możemy więc też skonfrontować innych założeń, na przykład – iż rządy niemieckie i holenderskie niewłaściwie egzekwowały tę politykę, testowały ją za krótko, użyły niewystarczających środków, etc etc.

W wypadku dokładności statystyk dotyczących handlu ludźmi wypada też przypomnieć słynne prawicowe manipulacje dotyczące „szwedzkiej plagi gwałtów” – w wypadku których astronomiczne w porównaniu do Polski liczby świadczą właśnie o efektywnej prewencji i aktywnych działaniach policji.

Na założeniu skuteczności polityki zakazu opiera się cała reszta artykułu – to na jego podstawie autorka odmawia osobom dobrowolnie zajmującym się prostytucją miana pracowników oraz ucina wątek wpływu legalizacji na ich bezpieczeństwo oraz na możliwość wykrywania przypadków wymuszeń. Komentując temat osób zmuszonych do prostytucji jedynie z przyczyn ekonomicznych – nie pyta o alternatywy dla ich sytuacji i ewentualną poprawę płynącą z regulacji. Nie komentuje też kwestii samego popytu na usługi oraz wpływów ewentualnego masowego „zniesienia płatnego seksu” na świat podziemia i jego brutalność.

Nie porusza też tematu usług seksualnych dla osób niepełnosprawnych – które to usługi często są dla nich jedyną perspektywą na stałe i pewne relacje tego typu. Jakie propozycje ma dla nich? Masturbację czy terapię bromem?

Pozwala sobie jednak na inne, dość odważne, stwierdzenia – w wypadku których z chęcią zapoznałbym się z opiniami specjalistek i specjalistów z kilku innych gałęzi nauk społecznych:

W komercyjnej eksploatacji seksualnej nie chodzi o seks czy przyjemność, ale raczej o kupno chwili dominacji i władzy nad czyimś ciałem, co w warunkach kulawego, ale mimo wszystko postępującego, równouprawnienia, może się wydawać niektórym mężczyznom tym bardziej atrakcyjne.

Chodzi zatem o kapitalizm i patriarchat umacniany przez neoliberalne polityki, dyskurs normalizacji eksploatacji seksualnej i pornokrację.

W tym krótkim fragmencie mamy dość ciekawą sugestię, że mężczyźni (bo w tej wizji tylko hetero cismężczyźni korzystają z prostytucji) wybierają prostytucję ze strachu przed równouprawnieniem oraz (najwyraźniej) z powodu jakiegoś rodzaju seksualnej ułomności skutkującej potrzebą dominacji; do tego szczypta zarzutów o odchylenie neoliberalno-kapitalistyczne.
Zachęcałbym do dalszych badań – bo jeśli znalazłyby się na to dane, mielibyśmy prawdziwą naukową bombę pod seksuologię (a pewnie i wielu innych nauk).
Ale pewnie małe na to szanse, skoro:

W niektórych krajach przejęły dyskurs akademicki i części liberalnych feministek, według których „praca seksualna” jest formą wyzwolenia kobiecej seksualności w warunkach ekonomii kapitalistycznej. Nie trzeba już więc porywać młodych kobiet, terroryzować i szprycować narkotykami, wystarczy umiejętnie połączyć i wykorzystać elementy kultury maczystowskiej ubierając ją tak, by wyglądało nowocześnie, elegancko i glamour. Dokładnie tak, jak robił to słynny Czarek Mończyk w Balladzie o lekkim zabarwieniu erotycznym lub jak fantazjowała Ladacznica oglądając PrettyWoman.

…środowisko zostało zinfiltrowane przez mafię i kapitalizm a osoby dobrowolnie pracujące seksualnie są albo agentami albo bezwolnymi marionetkami Systemu. Nie ma więc co konsultować pomysłów z seksuologami – to lobbyści! W tym miejscu powinienem wtrącić, że w wielu krajach zwolenników legalizacji rekreacyjnej marihuany też próbowano zdemaskować jako siepaczy gangów narkotykowych. Z różnymi skutkami.

Tu uwaga, będąca niejako podsumowaniem moich uczuć na temat tego artykułu – nie jest moim zamiarem podważanie ogromu zjawiska handlu żywym towarem ani koszmarów czekających na osoby zmuszane do prostytucji. Nie zamierzam jednak bezkrytycznie akceptować sugestii korelacji między brakiem możliwości walki o legalne i ogólnodostępne usługi seksualne a walką z podziemiem.

Nie mogę też akceptować sytuacji w której autorka  odmawia praw świadomym i dobrowolnym pracownikom seksualnym na podstawie kiepsko uargumentowanych i pachnących tanim kaznodziejstwem spekulacji o ich niewolnictwie względem bliżej nieokreślonego demona neoliberalizmu.

Demon ten niejako w naturalny sposób prowadzi nas do części II oraz reakcji szeroko rozumianej socjalistycznej i socjaldemokratycznej lewicy.

II

Artykuł został podany dalej na Facebooku przez Kubę Daneckiego – byłego członka partii Razem. Poparł on autorkę, wyrażając jednocześnie krytykę wobec „odchylonych liberalnie” środowisk feministycznych i ich obsesji na temat seksu. Skrytykował też uzurpowanie sobie przez „ludzi uczestniczących w handlu ciałami” pojęcia „pracownik seksualny”.
Jak wspomniałem Kuba nie jest już członkiem R, jego post zebrał jednak sporo lajków i innych wyrazów wsparcia od działaczy partii, trudno też oceniać samego Daneckiego jako kogoś innego niż człowieka szeroko rozumianej lewicy.

Poniżej jedna z wypowiedzi:

Nie wiem niestety czy Danecki jest z wykształcenia neurokognitywistą lub tez może seksuologiem – ośmielam się stwierdzić, że w takim wypadku nie wymyśliłby tak awangardowej analizy struktur fizjologicznych mózgu – a gdyby jednak dał radę ją udowodnić, to moglibyśmy dumnie czytać o niej w największych pismach naukowych .

Przyjmijmy jednak jego teorię – seks jest pierwotną funkcją mózgu. Tak samo jak jedzenie. Czy osoba z gastronomii ma prawo mówić o sobie jako o pracowniku jeśli zaspokaja tylko pierwotne potrzeby? Czy reklamowanie jedzenia jest w ogóle reklamą? Czy motele, oferując łózka na nocleg, nie wykorzystują pierwotnej ludzkiej potrzeby snu?

Faktycznie, wypada powiedzieć „Głupie i niedoinformowane” i uciąć wątek.

Ale „seksualność jest wyjątkową częścią życia nie tylko z powodu wartości (…) można podchodzić do niej ze wstydem (…)” jest już bardzo niebezpiecznym tokiem myślenia, podążającym ścieżką większości katolickich fundamentalistów. Większości z nich nie przeszkadza wszak para homoseksualistów. Byleby robili to na boku i tak by nie razili innych.
Skoro mowa o homoseksualizmie – wróćmy do wcześniejszego fragmentu dotyczącego argumentu dlaczego lewica nie może jednocześnie walczyć z podziemiem i wspierać legalnych pracowników seksualnych:

danecki.png

Otóż mają za dobrze.
Chciałbym zapytać w tym miejscu osoby lajkujące post – czy zamierzacie wybrać się na Paradę Równości? Gdzie będą sami wielkomiejscy geje, korzystający z bogactwa darkroomów i umiarkowanej jak na polskie warunki tolerancji, mogący w każdej chwili polecieć do Hiszpanii po ślub? Jakim prawem cieszycie się razem z nimi, jeśli w tym samym momencie w Bieżuniu cierpi kolejny Dominik?
Ewentualnie – do jakiego progu zarobków pracownik na etacie zmagający się z naruszaniem jego praw może liczyć na lewicę?
Paskudny lapsus logiczny, opierający się wyłącznie na nie do końca uargumentowanej tezie artykułu Grzyb (patrz cz I).

Lapsus ten powielany jest nie tylko przez Daneckiego:

koba.png

Jak wiadomo każda pracownica seksualna ma ten sam wpływ na życie polityczne co Kulczyk czy Solorz. I nie musi się obawiać gwałtu, o nie.

Anka Adamczyk, członkini Rady Krajowej używa zaś neoliberalnego wytrychu – notabene polubiony został przez (również należącą do Rady) Justynę Samolińską, którą pozdrawiam i której artykułu na temat obrzydliwości pornografii naprawdę długo nie zapomnę:

samo.png

Warto też zauważyć, iż Radosław Koba z Rady razem z kilkoma przedstawicielami Zarządu Krajowego – sądząc ze wzmianki o niewolnictwie – nie wierzy w to, że porządna kobita może dobrowolnie uprawiać seks za pieniądze:

koba2.png

Mamy też i takie wypowiedzi:

pali.png

Musisz wyjść ze strefy komfortu. Jesteś seks-zwycięzcą. Wystarczy odpowiednia kombinacja słów…

(Na stronie – pickup artists też nie lubią prostytucji i też uważają że Prawdziwy Facet nie powinien płacić.)

I jest tego więcej. Znacznie więcej.

A wiecie czego brakuje? Pytań o bezpieczeństwo pracownic seksualnych.

Zero – zero! – uwag o potrzebach seksualnych osób z niepełnosprawnościami, zarówno jeśli chodzi o niepełnosprawność fizyczną jak i psychiczną.

Zero uwag o kwestie pracy i korzystania z usług seksualnych przez osoby LGBT.

Brak propozycji rozwiązań poza zakazać/zabronić i spekulacji o dalekosiężnych mackach neoliberalizmu. Brak pytań o efekty.
Co po prohibicji? Kraina powszechnej szczęśliwości, gdzie jak w XIX-wiecznych pamfletach o socjalizmie panuje współwłasność żon i mężów? Jakieś rozpylanie środków obniżających libido?
Czy seks został nam wciśnięty przez neoliberalizm?

Ostatni akapit może wydawać się tanią szyderą ale też tylko tanią szyderę udało mi się zauważyć w tych komentarzach – oraz ogromne pobłażanie, niechęć i wrogość wobec tematu.

III

Podsumujmy, bez szczegółów. Polska lewica ma problem z płatnym seksem.

Nie wiem czy wynika to ze starego przekonania, że nie należy dostarczać amunicji prawicy straszącej „pawimi piórami w dupie” czy też są to jakieś głębsze kwestie kulturowe – widzę jednak, jak lekceważone są głosy osób z samego środowiska, jak szybko upadają tematy debaty, jak łatwo w rozmowach przychodzi używanie argumentów i zagrywek katolickich fundamentalistów – gdzie dla niepoznaki, świadomie lub nie, potwora gender i zgniliznę zachodu zastępuje neoliberalizm i szkielet Balcerowicza.

Lewica ekonomiczna nie interesuje się tym, jak oskładkowana zostanie praca seksualna, bo pracuje to robotnik a nie baba w betach.

Lewica społeczna nie widzi problemów pracowników skoro są bogaci; zamiast tego można wygodnie krzyczeć o prawach dziewczyn z Kambodży zmierzających do burdeli w Szanghaju.

Lewica walcząca popiera związki partnerskie bo liczą się ludzie a nie wartości, ale nie poprze pracownic i pracowników bo liczą się wartości.

Lewica wolnościowa nie interesuje się efektami kryminalizacji, nie widząc jednocześnie problemu z walką o depenalizację stosowania tzw. miękkich narkotyków.

I nikt nie widzi ironii. I to mnie dziwi i boli.

PS1

Polecam uwadze wcześniejszą notkę nt pornografii i stosunku polskiej lewicy wobec niej – ten post może być traktowany jako pewna ej kontynuacja.

PS2

Świerszcze nie skończyły smętnie grać na skrzypcach od momentu gdy odbyła się ukazana poniżej wymiana zdań:

nat.png

PS3 łamane przez Edit z podziękowaniami dla uważnego czytelnika

PS4 i mam nadzieje ostatnie

Jak wskazało wielu czytelników powyższe poglądy nie opisują ani całej partii Razem ani też nie są tylko i wyłącznie autorstwa osób związanych z Razem. Na Twitterze Katarzyna Paprota z partii rozjaśniła mi zaś raczej definitywnie że nie należy też tego utożsamiać z oficjalnym stanowiskiem ponieważ nie zaczęły się jeszcze prace nad jego ustaleniem– więc zostaje mi kibicować skrzydłu neoliberalnemu i liczyć na jego możliwie duży wpływ na pracę stosownej komisji ; )

PS5

Zaczynają się pojawiać odpowiedzi samych pracownic.

Logan

Rant obfitujący w spoilery.  Od A do Z. Vader jest ojcem Luke’a, Rosebud to sanki, Harry jest ostatnim Horkruksem.

Draft tej notki zaczynał się następująco:

>>Świetny film. Zarówno jako adaptacja komiksowa – bardzo ‚świadomy siebie’, ograniczeń i zalet konwencji – jak i pożegnanie serii z Jackmanem. Z umiejętną dekonstrukcją tropów i wyczuciem ile kropelek realizmu można dodać w scenach akcji, by zachować równowagę między uszczypliwością wobec gatunku a rozrywką na bazie adrenaliny.

Logan po prostu do mnie przemówił, jako produkcja będąca czymś więcej niż po prostu dobrym filmem – patrzę na was, Batmany Burtona – jako obraz którego poszczególne elementy zostały z pewnością przemyślane jako część większej całości, jako obraz który tak jak najlepsze komiksy używając oklepanego zdawałoby się medium przemyca pewne ukryte na drugim planie, lecz intrygujące przekazy – ukryte, Batmany Nolana, ukryte!

Oczywiście nie jest to ideał, sporo dziur i lapsusów w logice, niektóre klisze przetarte, ale kurde, nawet słabości wydają się być tu rozmieszczone świadomie, użyte jako narzędzia.<<

Oto słowa układane na gorąco w mej głowie w trakcie seansu, może niezręczne w formie ale wierne jeśli chodzi o emocje.

Ale Ale. Nadchodzi scena z przebudzeniem w Edenie. Ostatnie akordy, domknięcie opowieści? Cóż, trochę szkoda zmarnowanego potencjału Pierce’a, ale to tylko drugi plan, a sam Log…

I wtem drony. I ostatnia obława, i finałowa efekciarska walka z X-24, i klisza wszystkich klisz ze śmiercią Logana, i tłumione na sali kinowej chichoty przy przemowie z Shane’a nad grobem. Do. Dia. Bła.

Zakończenie te boli tym bardziej, że jest niesamowicie oderwane od reszty filmu, w prawie każdym aspekcie. Nawet efektów specjalnych i choreografii walk.

Zresztą – wypada zacytować scenarzystę Jamesa Mangolda i jedne z pierwszych słów które zapisał w scenariuszu:

Now might be a good time to talk about the ‚fights’ described in the 100 next or so pages. Basically, if you’re on the make for a hyper choreographed, gravity defying, city-block destroying, CG fuckathon, this ain’t your movie.

Guess what John, Wolverine Zły rzucający futurystycznym Humvee oraz rekonstrukcja lasu mocno podpadają pod „CG fuckathon”.
Tak samo scena śmierci Pierce’a – komicznie przerysowana, sam Pierce był zaś tak bardzo nieobecny w finale – przy zbliżeniach na jego kucanie za terenówką zastanawiałem się czy po prostu go nie przypiliło – iż wydaje się, że „zabito go” gdzieś na końcu pisania scenariusza, tylko po to by widzowie wychodząc z kina w pewnym momencie nie zaczęli mówić „Zaraz zaraz, a ten kolo z Narcos?…”

Sceny krojenia najemników były ok. Tylko ok, w znaczeniu – nie były już tak zaskakujące ani też niesamowicie soczyste jak pierwszy szał Laury pod meksykańską dziuplą. Przesyt.

I przećpany Logan w sinawym goth makijażu, X-24 w buzzcucie a’la Szablozębny z porażki którą był Origins (brrrr)…

Tu z choreografii przechodzimy do kolejnego punktu – symboli.
Film w pierwszym i drugim akcie też nie jest z nimi oczywiście przesadnie subtelny – mamy uwagi typu „last ride” i „I’m an Old Man” od Logana, scenę oglądania Shane’a, Laurę zahipnotyzowaną wystawą rodziny manekinów. Finał jednak robi pełne blaxploitation. Logan leżący nieprzytomnie dobę (a mógł trzy!) w szałasie, zmartwychwstały z fryzurą przystrzyżoną tak, by przypominał swoje inne wcielenie, ginie za innych nadziany na konar. Oczywiście w pozycji chrystusowej.
Chłopiec trzymający na końcu oldskulową figurkę Logana frontem do kamery był już tylko wisienką.

A skoro symbole – to i też treści pod nimi ukryte. Moja największa bolączka.

Otóż – film do momentu finału bardzo ciekawie atakuje motyw przemijania. Oczywiście wynika to niejako z wieku Stewarta i pożegnania z Jackmanem – ale i tak dość naturalnie wplata to w akcję. (Co, na stronie – jest bardzo ciekawe z punktu widzenia popkultury; tego Bonda i tego Doktora Who trudno będzie obsadzić na nowo. Niektóre filmy, nazwijmy je „nerdowskie”, wrosły już na tyle mocno w Hollywood że stać je na ich własną mitologię, mogą podźwignąć uniwersum w nowym uniwersum. Dołóżmy do tego wątek Luke’a w nadchodzącym Epizodzie VIII Gwiezdnych Wojen oraz „występ” Cushinga w Rogue One i mamy temat na kolejną notkę.)

I tak obserwujemy jak Logan na nowo (czy może pierwszy raz, zależy jak interpretować lata w X-Menach) odkrywa znaczenie Rodziny. Widzimy jak Xavier zmaga się z chorobami i słabościami, w ten czy inny sposób próbując dalej inspirować innych, mimo sugestii, iż wszystko o co walczył rozpadło się w proch jeszcze za jego życia. Logan słyszy od Xaviera, że jeszcze nie jest dla niego za późno, że wciąż ma czas by stworzyć coś nowego, razem z Laurą.

Mamy też motyw nieco bardziej schowany, dekonstrukcji komiksu i zależności rzeczywistość-metarzeczywistość. W timelinie pokazanym w filmie komiksy o superbohaterach istnieją, nawet jeśli – jak gorzko sarka Logan – zawierają co najwyżej 25% faktów, i to mocno zniekształconych. Dość często oznajmia zrezygnowany Laurze i innym, że „to rzeczywistość, nie fikcja”.  Omal nie porzuca reszty, gdy dowiaduje się że lokalizację Edenu dzieciaki wzięły z komiksu. A później, w pięknym i bardzo ładnie *niezasygnalizowanym* twiście, dowiaduje się że komiks był tylko inspiracją. Uniwersalnym kodem który pozwolił tej małej grupce stworzyć głębszy, hermetyczny przekaz, bezpieczny przed Zewnętrznym Światem.

Połączmy to z motywem starości i mamy oto odpowiedź, czemu film o 200-letnim kolesiu – z nożami sterczącymi z rąk którymi to kroi ludzi na kawałki – może tak mocno rezonować emocjonalnie. Mamy oto nasz uniwersalny kod, świadomie czy nie rozumiemy, czy nawet czujemy!, skalowanie jakiemu można poddać główny wątek.

I dlatego też finał tak rozczarowywuje.
Ostatnie słowa Logana do Laury? Nie pozwól by zrobili z ciebie broń, kuj własny los, bla bla bla. Oderwane od życia banały które mogłyby paść co najwyżej we wcześniejszych filmach z Wolverine’em. Co gorsza, banały oderwane też od reszty filmu.
Ostatnie słowa Laury do Logana? „TATO”. O mamo.
Przemówienie z Shane’a nad grobem? W teorii do obronienia, ze świeżą pamięcią filmu u Laury i jej brakiem interakcji społecznych, w praktyce – biorąc pod uwagę bodycount Laury – nawet milczenie byłoby lepsze.
Wspomniane już analogie chrystusowe? Tak-bardzo-symboliczne zabicie X-24 A) przez Laurę B) nabojem, którym Logan zamierzał popełnić samobójstwo? Syf, syf, syf, syf, syf.

I rozumiem, nie każdy byłby zadowolony z otwartego zakończenia, z sugestii że oto Logan w szałasie nie wie czy tonąć, próbować płynąć czy wyjść po prostu na brzeg. Albo z wciąż otwartego ujęcia w którym faktycznie przekroczyłby granicę. Ale bez tego sugestia „nie jest dla ciebie za późno” Xaviera staje się nieco bezprzedmiotowa.
Ale nawet zamknięty finał mógłby być bardziej przemyślany.

Czemu Pierce jest w nim tak bardzo sztucznie doczepiony? Czy z punktu widzenia logiki opowieści – a nawet morału który przekazuje Laurze umierający Logan! – to nie on powinien być razem z doktorem Rice’em mocniej zarysowany jako wąż kusiciel?
Czemu to Laura zabija X-24? Czy – zgodnie z-tym-samym-morałem – nie byłoby bardziej logiczne, gdyby doszło tu do jakiejś autodestrukcji, śmierci bardziej znaczącej niż *BANG* i po sprawie? Czy to Logan nie mógłby się poświęcić dla niewinności Laury, jeśli słowa z Shane’a faktycznie mają tu być mottem?
Czemu to wszystko jest takie nieprzemyślane, szybkie, urwane, spocone, zmechacone?

I boli mnie ten finał, boli, bo oto film który umiejętnie bawił się konwencją nagle tą konwencją sobie spętał nogi. Bogactwo przekazów i motywów ubabrał standardowym poświęceniem w spandexie, dodał do tej komiksowej Casablanci scenę w której Rick leci do Lizbony, wyrywa na nowo Ilsę i zakłada z nią start-up.

No ale cóż. Po długości tej notki widzę przynajmniej, że ruszyło mnie. I dobrze. Czekam na produkcję od MCU chociaż w połowie tak przemyślaną,  czekam na film od DC chociaż odrobinę tak wysmakowny i rozumiejący różnicę między bólem a angstem. Bardzo dobry film komiksowy i *tylko* dobry film jako taki.

Pomysł

Bardziej kartka z brudnopisu niż notka.

Historia w konwencji horroru od Lionsgate.

Młody człowiek, pracownik biurowy, po godzinach próbujący sił jako pisarz – natyka się na dość standardowe problemy związane z brakiem weny.

Recenzujący jego literackie próby kolega – znany dziennikarz czy też zawodowy pisarz – wytyka brak inwencji i szczerości w jego dziełach, doradza mu wypróbowanie technik związanych ze strumieniami świadomości i podobnymi.

Pierwsze próby niezbyt owocne, Pisarz mimo technik wciąż zbyt kontroluje swój styl. Dopiero wykorzystanie najmocniejszych technik z rezultatami z pogranicza Out Of Body Experience pozwalają mu na swobodne pisanie. Znajomi od pióra chwalą, czas na przystąpienie do tworzenia Magnum Opus.

W międzyczasie na marginesach manuskryptu zaczynają się pojawiać tajemnicze notki, coraz trudniejsze do rozszyfrowania uwagi, wzmianki o Drugiej Stronie etc etc. Niczym u ojczulka Lovecrafta – coś próbuje wykorzystać papier jako bramę. Coś co mieszka w podświadomości pisarza.

Standardowe horrorowe klisze z gatunku nikt mi nie wierzy, czy wariuję etc. Dysonans w dylemacie zaufania wobec bohatera wzmocniony przez coraz bardziej drastyczne techniki, za pomocą których próbuje on – w celu prowadzenia śledztwa na temat Prawdy – wywołać u siebie stany transu i znieczulenia. Wraz z pytaniami o percepcję – na ile Prawda istnieje jako constans, niczym określony punkt w geometrii euklidańskiej.

Wszystko było, po prostu aranżacja troszkę świeża. Bo, hehe, PRZEZ OSTATNI ROK TAKIEGO FILMU NIE WIDZIAŁEM, KSIĄŻKI NIE CZYTAŁEM! Jak ktoś kojarzy wykorzystanie podobnych motywów można strofować.

Per analogiam

Krąży misiewiczowo-antosiowe licho po moim timelinie i krąży, jak zwykle czarnobiałe.

A więc, by wyczerpać temat z mej strony…

  1. Dziecko polityka prawicy (czy też małżonek) samo wyjawia, iż przyszło na świat za pomocą metody in vitro. Słusznie krzywimy się na moralną hipokryzję rodzica, który to i głosował przeciw, i po redakcjach grzmił o prymacie naturalnego poczęcia.
  2. Tabloidy czy też inna prasa i Prasa dochodzą do tego samego śledztwem. Słusznie krzywimy się na moralną hipokryzję, kręcąc mniej lub bardziej nosem nad wpieprzaniem się pismaków w życie prywatne.
  3. Tabloidy czy też inna prasa spekulują, iż dziecko polityka prawicy jest z in vitro, bazując na obecności dziwnej bruzdy na czole, krzywego chodu, chorowitości i częstych gryp czy czego tam.
    Krzywimy się koszmarnie nad stereotypizacją zagadnienia (bo jak też rozpoznać taką kwestię po wyglądzie czy zachowaniu!), kręcąc jednocześnie głową nad internetowym smrodem wyzwisk – typu zmutowany jak ten chory kaczor, eksperyment z próbówki, etc etc etc.

A jak ktoś ciągle nie rozumie… Heh. Trudno.