Zera i jedynki

Jedną z częstszych błahych – a pozwalających oderwać się od gravitas… w tej chwili w zasadzie wszystkiego – rozrywek jakie uprawiać mogą polityczne bąbelki i banieczki polskiego twittera, jest obserwowanie tempa z jakim poszczególne spory, tematy i koncepty rozgrzewające świat zewnętrzny trafiają do naszych salonów i saloników. I tak jak zwykłem chichotać nad rozmaitymi paradoksami aplikowania, zarówno przez prawicę jak i lewicę, amerykańskich dylematów w owym Teksasie Europy, tak przywołujący wzory myślowe ruchu Gender Critical tekst dr Magdaleny Grzyb w Kulturze Liberalnej wprawił mnie w konsternację. Nie tylko tym na ile oderwany jest od samego zagadnienia praw osób LGBTQIA+ w Polsce, ale i na ile aplikacja tych wzorów w obcym środowisku uwypukla niejako czego ruch nie wydaje się z owego zagadnienia rozumieć.

Pochylmy się więc nad treścią tekstu; wszelkie podkreślenia moje.

Co jednak zdumiewa najbardziej, to coś innego. Przez cały czas pobytu w areszcie Margot, ani już po jego/jej wyjściu, w mediach oraz mediach społecznościowych nie pojawił się ani jeden głos rozsądku po stronie liberalnej i lewicowej. Nikt nie zadał sobie prostego pytania. Jeśli należy się Margot, to czy również każdy inny mężczyzna, który powie, że „czuje się kobietą”, ma prawo domagać się osadzenia w żeńskiej celi? I jakie to ma konsekwencje dla bezpieczeństwa i samopoczucia tych kobiet, do których celi trafia taka osoba? Czy w takim razie każdy mężczyzna, nawet seryjny gwałciciel, czy domowy kat, jeśli powie, że czuje się kobietą, to też ma prawo domagać się osadzenia w celi z kobietami, często ofiarami właśnie takich panów? Jako że co do zasady kobiety są mniej agresywne od mężczyzn, również w warunkach izolacji więziennej, niewątpliwie dla każdego mężczyzny jest to rozwiązanie bardzo korzystne i większość z nich nie zawahałaby się spróbować. Przy odpowiedniej dozie „męskości”, której co do zasady panom osadzonym nie brakuje, będzie mógł sobie robić z tymi kobietami, co chce – mały harem, worki treningowe czy pełną obsługę funkcji życiowych. Dolce vita. A jak czułyby się z tym same kobiety? A kogo to interesuje…?

I nie są to bynajmniej abstrakcyjne dywagacje, ale realne sprawy, jak na przykład Karen White w Wielkiej Brytanii.

Autorka używa niebinarnej tożsamości jako rodzaju karty atutowej dla brutalnych przestępców, pomijając całą kwestię pozycji osób niebinarnych w społeczeństwie – niczym Rzecznik Praw Dziecka Pawlak alarmujący przed magicznymi pigułkami którymi seksedukatorzy będą zmieniać płeć polskich dzieci. Wątpliwość ta przypomina mi nieco manierę opisywania chorób psychicznych z powieści kryminalnych sprzed dobrych kilkudziesięciu lat, gdzie Główny Zły zawsze mógł się obronić niepoczytalnością i, oczywiście, oszukać głupi naiwny system potrzebujący uszczelnienia i twardej ręki.

Pomijamy tu jednak wszelkie kwestie związane z życiem w tak przepełnionym obskurantyzmem społeczeństwie zakładając, że nagle każdy więzień będzie chciał przechodzić piekło rozmaitych -fobii dla jakiejś mglistej fantazji. Która zresztą zakłada dalszy uwiąd służby więziennej – powyższy dylemat może rezonować tylko w kraju, który i tak nie traktuje więźniów jak ludzi i nie troszczy się ich dobrostanem.

Podkreśliłem też fragment o przemocy – nie mam niestety rzetelnych statystyk z polskich więzień (jeśli czyta to jakiś związany z tematem akademik byłbym wdzięczny za feedback) ale dane z m.in. amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości wskazują, że do przestępstw seksualnych w postaci ataków więźniów na więźniów częściej dochodzi właśnie w zakładach dla kobiet.
Moglibyśmy tu wejść w dygresję i zacząć zastanawiać się czy to dlatego że mężczyźni rzadziej zgłaszają takie wykroczenia, czy rygor jest inny, itd. itd. – chodzi mi jednak głównie o to, że przedstawianie kobiecych więzień jako oaz spokoju i ładu jest wysoce oderwane od rzeczywistości.

Podanie przykładu Karen White również może podnieść brew – nie tylko dlatego, że jedna konkretna sprawa ma być podstawą do sądu zbiorowego na całym środowisku które ma odpowiadać za czyny każdego jego przedstawiciela, tak jakby geje, lesbijki czy osoby trans nie mogły być złodziejami, morderczyniami, gwałcicielami, malwersantkami (nauczycielami, maklerkami, weterynarzami, kierowczyniami, etc etc etc). Najbardziej w przywołaniu tego przykładu konsternujące jest, iż Karen White nie jest osobą niebinarną jak Margot.
Jest trans kobietą, o prawach definiowanych i rozpoznawanych w znacznie inny sposób, niż opisywane przez autorkę widzimisię tysięcy potencjalnych gwałcicieli.
Co przywodzi na myśl niejako inny niezwykle bliski Gender Critical feminizmowi ruch z Zachodu, LGB. Ale więcej o nim w kolejnych akapitach.

Jednak Margot, pomimo że określa się jako osoba niebinarna i każe zwracać się do siebie zaimkami żeńskimi, jest przecież społecznie-kulturowo typowym i klasycznym facetem. Więcej – jest samcem alfa. I tak jest przecież przez wszystkich traktowany. Bo wygląda jak mężczyzna, mówi jak mężczyzna i zachowuje się jak mężczyzna. I tworzy relacje intymne jak mężczyzna. Nazywanie go „aktywistką”, „bohaterką” i „liderką” niczego nie zmienia.

Po pierwsze, jego poczynania, w postaci zaatakowania homofobusa i wolontariusza fundacji Pro czy wywieszania tęczowych flag, pod względem brawury i stopnia agresji należą do repertuaru zachowań typowo męskich, a nie kobiecych. Abstrahując od słuszności gniewu Margot(a) i innych aktywistów, każda osoba, która widziała nagranie, widziała, że stroną atakującą był Margot. To Łania go tonowała i odciągała od dalszych ataków. Zresztą, postrzeganie i ocena tego zachowania wśród lewicowych publicystów były wyjątkowo seksistowskie. Jeśli uczynił to Margot, to był to słuszny gniew, natomiast gdyby takiego zachowania dopuściła się na przykład Łania, nie ma wątpliwości, że te same osoby, które stoją murem za Margot, mówiłyby, że to agresywna wariatka i nie ma usprawiedliwienia dla przemocy. I to jest właśnie „gender”. Po drugie, gdy Margot został(a) zatrzymany(a), Łania jak masło weszła w rolę oddanej partnerki, która poświęca każdą chwilę życia na ratowanie „żony”. Stała się jego rzeczniczką i Penolopą niczym każda porządna i dobrze zsocjalizowana w polskiej tradycji kobieta. To męska rzecz walczyć i siedzieć w więzieniach, a kobieca wiernie czekać. To również jest „gender”.

Problemem Grzyb w analizie Gender, Queer i konceptu niebinarności, jest mylenie przez nią tego, w jaki sposób opisują one istniejące i doświadczane przez nas wszystkich relacje i postawy kiszone przez kilkaset lat w słoju patriarchatu, z tym co postulują w miejsce tych relacji. To w jaki sposób Queer opisuje postrzeganie ról społecznych nie przekłada się na to, że postrzega Margaret Thatcher jako mężczyznę – argumentuje raczej, że Margaret Thatcher mogła być straszną osobą o określonych „twardych” cechach i nie kłóciło się to z jej kobiecością.

Redukowanie niebinarności Margot do tego, czy nosi odpowiednie ubrania i mówi odpowiednio kobiecym tonem pomija to wszystko, tak jak i fakt, że niebinarność stanowi spektrum – a próby rozliczania jej można porównać do liczenia partnerów i partnerek seksualnych osoby biseksualnej żeby określić czy jest bardziej homo czy jednak hetero.

Wytykanie Margot „męskich” reakcji czy też wskazywanie na „kobiecą” rolę Łani przenosi mnie w zamierzchłe czasy sprzed trzeciej czy nawet drugiej fali feminizmu, gdzie kobieta aspirująca do łatki wyzwolonej miała w popkulturowym krzywym zwierciadle celowo nie golić nóg, nie nosić stanika, nie znosić różu.

Podkreśliłem też fragment opisujacy możliwą reakcję na to, gdyby sprawa dotyczyła znacznie łatwiejszej do zaszufladkowania w binarnym podziale Łani. I w obliczu niefalsyfikowalnej tezy ośmielę się użyć anecdaty – w momencie zatrzymania Margot i początku starć z policją na Krakowskim niewielu z moich znajomych wychodzących na protest wiedziało cokolwiek o aktywistkach Stop Bzdurom poza tym, że zatrzymały homofobus; nie było jeszcze kontrowersyjnych wywiadów, postów, dissów na Rafała Trzaskowskiego. A wychodzili, tak jak wyszły z nimi posłanki Lewicy i KO jeżdżące po nocy w ślad za wszystkimi aresztowanymi osobami. Z kolei ilość ścieku wylewanego przez prawicę (tak rządową jak i opozycyjną) na działaczki tylko się zwiększyła po tym jak sociale obiegła informacja o tożsamości i orientacji aktywistek. Implikowanie, że polskie – no właśnie kto? Elity? Wyborcy lewicy/Lewicy? Media? – zainteresowały się sprawą Margot tylko z uwagi na novum jakie stanowi jej niebinarność znajduję ekstremalnie cynicznym, oderwanym od chronologii wydarzeń i stawianym ex post.

Stawiam też własne „gdyby” – gdyby sprawa dotyczyła, wyobraźmy sobie, aktywisty Michała, urodzonego jako Anna, przewiezionego do zakładu dla kobiet, cały artykuł miałby zupełnie inną wymowę, zakładając oczywiście że w ogóle by powstał.

Władza ma płeć. I to męską płeć. Wciskanie Margot w rolę przywódcy i symbolu ruchu LGBT, oburzanie się na jego niestosowne gesty już po wyjściu na wolność jako nieprzystojące jego przywództwu, nazywanie go tak, jak sobie tego życzy żeńskimi formami, medialne promowanie jest chyba najjaskrawszym przykładem, jak wszyscy odruchowo „dajemy mu” władzę. A on oczywiście z typowo męską dezynwolturą pokazuje, że mu wcale nie zależy. On liderką nie chce być, chce tylko, by wszyscy bezwarunkowo zaakceptowali to, jaki jest i że nienawidzi Polski.

Tu z kolei widzę podobnie elastyczną argumentację – Margot określałaby się jako liderka? Ha, męska ambicja! Mówi, że nią nie jest i po prostu pracuje nad przesuwaniem okienka Overtona? Męska dezynwoltura!
Z uwagi na brak jakiegoś namacalnego, zero-jedynkowego testu który potwierdziłby rozmaitym sceptykom co Margot (i każdej niecisowej osobie) w głowie i duszy gra, skazani jesteśmy na drobiazgowe chwytanie za słowa, polowanie na moment w którym ktoś zareaguje na dead naming czy użyje wobec siebie złego zaimka, nawet oburzanie się na chęć bycia zaakceptowanym – słowem, wieczny berek i tłumaczenie się ze swojej egzystencji.

Teoria queer i związany z nią koncept niebinarności są tworami myśli postmodernistycznej, które być brzmią atrakcyjnie intelektualnie i może są kuszące dla młodych wykształconych z wielkich miast, ale w praktyce rodzą trudne do zaakceptowania społecznie konsekwencje i w niewielkim stopniu mogą poprawić sytuację zmarginalizowanych grup społecznych.

Teoria queer opiera się na trzech założeniach. Po pierwsze, że istnieje płeć społeczno-kulturowa (gender) i że nie ma ona związku z płcią biologiczną (sex) danej jednostki. A przecież tak nie jest. Gender, czyli kulturowe definicje męskości i kobiecości są zawsze w procesie socjalizacji przypisywane osobom o określonych biologicznie cechach płciowych – pierwszorzędowych, drugorzędowych i trzeciorzędowych. Płeć społeczno-kulturowa, tak zwane cechy czwartorzędowe, są uzupełnieniem, nadbudową do bazy w postaci płci somatycznej, czyli cech biologicznych. Po drugie, że kluczowe dla określenia naszej płci społeczno-kulturowej nie są nasze cechy somatyczne, ale nasza autoidentyfikacja, czyli to, jak my się czujemy w danej chwili. I że nie trzeba robić korekty płci, jak czynią to osoby transseksualne, ale wystarczy powiedzieć, że „czuję się mężczyzną/kobietą” – i to powinno wystarczyć. Po trzecie wreszcie, że istnieje w społeczeństwie jasno określony binarny, czyli dychotomiczny podział na dwie płcie, w znaczeniu gender, czyli jasno określone cechy i role męskie i żeńskie. W takiej optyce każda osoba, która choć odrobinę swoim zachowaniem czy tym, co myśli, wykracza poza te granice, już jest niebinarna. Tak więc dziewczynka, która zamiast bawić się kosmetykami mamy, woli grać z bratem w Minecrafta, jest już niebinarna. Kobieta, która naprawia w domu zmywarkę do naczyń, też jest niebinarna. Ba, kobieta, która zarabia więcej od męża, też jest już niebinarna. Mężczyzna, który prasuje sobie ubrania i myje podłogę mopem, również jest niebinarny. Że nie wspomnę o mężczyźnie, któremu zdarza się płakać, ogląda „Barwy Szczęścia” zamiast meczu piłkarskiego lub czuje pociąg do mężczyzn, a nie do kobiet. W takiej optyce 99,9 procent populacji ludzi jest niebinarna. Czy należy się im się z tego tytułu specjalne traktowanie i miejsce w celi z kobietami?

I wreszcie, zadajmy sobie pytanie, jaki teoria queer i koncept nie binarności, i jaki konkretnie Margot używający żeńskich zaimków, mają potencjał zmiany społecznej i równouprawnienia? Jak kobiecie mieszkającej na przykład w Jeleśnii koło Żywca, samotnie wychowującej dzieci, pracującej i opiekującej się starszymi rodzicami, to może realnie poprawić byt? Czy jak powie, że jest niebinarna, że już nie identyfikuje się z rolą kobiecą, to zacznie więcej zarabiać w pracy, jak mężczyzna? Czy rodzice przestaną od niej oczekiwać opieki nad nimi albo ona przestanie czuć się za nich odpowiedzialna? Czy brudy same w domu się posprzątają, były mąż przejmie opiekę nad dziećmi, a bóle jajnika same ustąpią i żaden mężczyzna nie nazwie już jej słowem na „k”? To przecież tak nie działa.

Pozwoliłem sobie wkleić bardzo obszerny cytat, ale stanowi on cloue całej wypowiedzi Grzyb i ostateczne podsumowanie czemu uważam, że z tej czy innej przyczyny pomija ona pointę istnienia konceptów związanych z Gender czy Queer.

Mamy na początku podkreślenie przez nią relacji między Gender a Sex – przez położenie nacisku na to, w jaki sposób nasze ciała nas definiują (we wspominanym już przykładzie Karen White fizyczna tranzycja tej osoby nie stanowiła przeszkody żeby użyć jej jako oskarżenia wobec Margot, ale to dygresja).
Queer neguje tę zależność z multum powodów – skrajnym przykładem mogą być osoby urodzone z innym zestawem chromosomów niż XX/XY i interpłciowe. Bardziej przyziemnym – osoby bezpłodne czy też po andro- i menopauzie. Bo skoro jednym z kryteriów tożsamości płciowej mają być owe cechy fizyczne, to czym, z punktu widzenia „funkcji”, różni się cis mężczyzna od kobiety po radykalnej histerektomii? W jaki sposób, w społeczeństwie odrzucającym prawo osób niebinarnych do używania określonych zaimków z uwagi na to, iż ich ciała nie spełniają określonych standardów, mają wyrażać swoją tożsamość cisowi ludzie znajdujący się poza tymi normami? Negowanie tej zależności przez Queer to także i odrzucanie patriarchalnych norm, narzucających nam kalki umysłowe o mężczyznach zaczynających się od 1.80m i kobietach co budzią się i zasypiają z idealnie nałożonym makijażem.

W dalszym opisie autorka sugeruje, że jeśli na poważnie brać jak Queer opisuje postrzeganie ról społecznych – od mopa przez okazywanie emocji po grę w Minecraft – to należy wysunąć z tego wniosek, że wszyscy jesteśmy niebinarni. I tak! To jest właśnie pointa całego ruchu! Tylko, że niepełna. Bo jeśli łączymy zachowania XYZ z daną płcią a później się okazuje, że wykonujemy je niezależnie od naszych cech fizycznych i podobnych, to można dojść do dwóch wniosków – być może wszyscy jesteśmy niebinarni, wszak jest to spektrum. Być może zaś kobiecość i męskość są po prostu definiowane w inny sposób i „czucie się” daną płcią przez każdego z nas opiera się właśnie na takiej samej deklaracji jakiej dokonuje Margot? W większości przypadków pewnie znacznie bardziej fartownej i łatwej bo zgodnej z tym czego wymaga od nas patriarchalne społeczeństwo, ale wciąż deklaracji.
Wypada przypomnieć moją wcześniejszą obserwację – to, że społeczność LGBTQIA+ dostrzega określone normy społeczne i je wylicza, nie oznacza, że je akceptuje czy chce ich utrzymania. Sama autorka wydaje się przecież to potwierdzać, wyliczając rozmaite „męskie” zachowania Margot idące w poprzek jej deklarowanej kobiecości!
Porównałbym to zresztą do tematyki postrzegania rasizmu – tak jak Queer opowiada o sztuczności rodzaju płci, tak nauka już dawno udowodniła, że mimo całej miriady barw skóry na Ziemii żyje aktualnie tylko jedna rasa człowieka – po prostu Homo Sapiens Sapiens. Mówienie o różnych „rasach” jest biologicznym bezsensem – nie zmienia to jednak faktu, że możemy mówić o problemie przemocy policyjnej wobec czarnoskórych! Tak samo osoba podnosząca fakt, iż dwoje ludzi o różnej karnacji ma, mimo tych samych kompetencji, różny dostęp do danego zawodu, nie różni się od osoby zauważającej iż społeczeństwo wolałoby zlecić naprawę samochodu mężczyźnie a ugotowanie obiadu kobiecie.

Mamy też wreszcie pytanie w jaki sposób ideologia Queer, Gender, etc ma pomóc zwykłej kobiecie z Jeleśni. Cóż, w taki sam sposób jak budynek katedry filozofii Uniwersytetu Warszawskiego czy laboratorium chemii organicznej Politechniki. To jest – tak, nie wiem jak na ten moment teksty, ideologie, miękkie środki pomogą tej konkretnej kobiecie. Mam prawo podejrzewać, że pomogą jej dzieciom, nie zniechęcając na przykład jej córki do edukacji w którejś ze stereotypowo męskich dziedzin. Na pewno mogą zaś jej pomóc jeśli owa hipotetyczna córka czy syn dokonają coming outu dowolnej natury.
Nie wiem też na ile dyskutować z konceptem, że cishet osoby mają udawać niebinarne, rodzi to bowiem pytania dlaczego zakładać iż jedyną powodu takiego coming outu ma być ukryta chęć zysku – przypomina mi to nieco klasyczne homofobiczne wrzutki na temat ludzi „przechodzących” na homoseksualizm bo pieniądze Sorosa.

Bowiem koniec końców cel owej ideologii jest w formie taki sam jak poszczególnych fal feminizmu czy ruchu LGBT u zarania jego dziejów – równość jako dalsze odrywanie ograniczeń jednostki od zawiłych i odgórnie narzuconych norm społecznych, prawo do swobodnej ekspresji, wyjęcie kwestii tożsamości spod zewnętrznego przymusu.
Po prostu ujmujemy tu pod skrzydła więcej osób dla których nie starczyło miejsca przy poprzednich rewolucjach seksualnych i obyczajowych.

***

Co prowadzi nas do finału notki. W ramach wstępu wspominałem o procesie przesączania się światowych tematów do polskiej debaty, później napomykałem też o ruchu LGB. Dołóżmy do tego użycie trans-przestępczyni jako młota na osoby niebinarne czy też posiłkowanie się przez Grzyb nazwiskiem J.K. Rowling (która oprócz oburzania się na określenie „osoby z waginami”, ma na sumieniu i inne działania: np. rozkręcanie paniki przed trans kobietami korzystającymi z publicznych toalet bo gwałt, obronę kobiety zwolnionej z pracy za transfobiczny atak na współpracownicę, napisanie kryminału o mężczyźnie co przebiera się za kobiety żeby je bezkarnie mordować).

LGB – brak T i wszelkich dodatkowych liter które mogą nam się kojarzyć z tematyką równościową nie jest przypadkiem – jest jednocześnie radosnym i smutnym argumentem za prawdziwością teorii o okienku Overtona.
Z jednej strony mamy oto skrajnie konserwatywny ruch, mający w Stanach i Wielkiej Brytanii powiązania z rasistowskimi i antysemickimi grupkami, którego rozmaite gwiazdy podejrzewane są o kontakty z Kremlem – i nawet takie stronnictwo musi operować z zachowaniem konwenansu i jako głos „normalnych” gejów, lesbijek, osób biseksualnych, walączących przeciwko nowym rodzajom „zboczeń”.
Z drugiej – przypomina jaki ogrom pracy przed nami jako społeczeństwem, biorąc pod uwagę czy to wzrost przestępczości wobec osób trans w Wielkiej Brytanii, czy to fakt, że periodyk określający się jako liberalny publikuje tekst zarzucający de facto osobom niebinarnym bycie potencjalnymi gwałcicielami.

Tak jak powiązanie tożsamości płciowej przede wszystkim z funkcjami biologicznymi jest niebezpiecznym zabiegiem, uderzającym nie tylko w osoby niebinarne, tak sam atak na osoby niebinarne i ostentacyjna pogarda wobec nich są równie niebezpieczną zabawą w odwrócenie wahadełka. Fakt, iż nad Margot pochylają się teraz kolejni publicyści roszczący sobie prawo do bycia arbitrami w temacie na ile jest „prawdziwa”, na ile można zmierzyć jej kobiecość czy męskość, wymyślający kolejne testy – powinien być dla nas ostrzeżeniem. Na ile chcemy pozwolić owej cis-hetero lupie, na ile jej działaniem wzmacniamy wszelkie przyszłe próby analizy kto jest prawdziwym białym / katolickim / polskim / mężczyzną? Treść kursywy dowolnie podmienić.

Debata

Na antenie Radia Nowy Świat dochodzi do opisywania niebinarnej osoby jako aktywisty. W obliczu uwag słuchaczy i będącej odpowiedzią na nie wypowiedzi redaktora Jedlińskiego bardzo wyraźnie potwierdza się, że nie wynika to z niewiedzy, być może będącej nawet do zrozumienia w społeczeństwie o tak mocno przesyconej obskurantyzmem edukacji, a z samej chęci negacji tożsamości Margot. Redaktor traci pracę. Podnosi się klasyczne larum – gdzie wolność słowa, gdzie zatrzymają się tęczowi faszyści, gdzie miejsce na wymianę idei i poglądów.

Sytuacja ta bardzo mnie interesuje, bo stanowi wyjątkowo dobry przykład pewnego założenia myślowego, którego niezrozumienie jest, w moim skromnym przekonaniu, źródłem multum aktualnych bolączek liberalnych demokracji. Mamy bowiem do czynienia z prostym myleniem czym jest debata i jaka jest jej rola.

Czytaj dalej „Debata”

Prezydent Nierobert

Wybory w Polsce mają tę zabawną cechę, że frekwencja i medialna atencja im poświęcana jest odwrotnie proporcjonalna do ich wagi. I tak Parlament Europejski decydujący o kierunkach strategicznych oraz samorząd decydujący o ławeczce pod oknem są znacznie niżej notowane w świadomości społecznej niż plebiscyt popularności na ów wspaniale przeceniany urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polski.

Piszę o tym z uwagi na metafizyczne dylematy twitterowej bańki związane z coraz niższymi (w chwili gdy to pisze – 2%) notowaniami sondażowymi Roberta Biedronia. To, że rozmaici liberalni dziennikarze co pięć minut mają ochotę kłaść do grobu lewaków nienależących do Koalicji Obywatelskiej to żadne zaskoczenie – ale do ofensywy ruszyło też skrzydło razemków traktujące bieżącą kampanię jako rachunek z idei koalicji z SLD i Wiosną.

Jest to dość karkołomne założenie.

Czytaj dalej „Prezydent Nierobert”

Wstydzioszki

Na wieść o powrocie lewicy do sejmu niezrównany redaktor Woś postanowił wyrazić w Tygodniku Powszechnym zaniepokojenie możliwym skażeniem jej wpływami wyższej klasy średniej. Abstrahując od typowego researchu ziemkiewiczo… wróć, wosiowego – nowych posłów Wiosny i SLD nie da się łatwo zamknąć w zbiorze „ludzie z teflonu & dinozaury z KC” – w felietonie tym rozbroiła mnie kompletnie inna a typowa dla sporej częsci lewicowego bąbelka rzecz – wstyd z tożsamości.

Czytaj dalej „Wstydzioszki”

Napędy

Na twitterku jak to na twitterku, nigdy nie wiadomo w którą stronę zawędruje czyjaś losowa myśl i które z codziennych przemyśleń wyewoluuje w wątek o Sensie Życia i całej reszcie a które, po trzech dobach i z udziałem trzydziestu użytkowników, zmieni się w thread o tym czy do miski najpierw płatki czy mleko.

Płatki, wy potwory.

Tak czy inaczej – z takiego losowego sarknięcia jednego z kolegów na dość dzbańskiego fana prozy Andrzeja Sapkowskiego wyszedł dziś wątek porównujący zagęszczenie dzbaństwa w fandomach Fantasy oraz Science-Fiction; wątek który przypomniał mi o tym jak złudna jest tak naprawdę granica pomiędzy tymi określeniami.

Czytaj dalej „Napędy”