Bez granic obciachu

Umiarkowane spoilery.

Po seansie Infinity War wyszedłem z kina zastanawiając się jakim cudem możliwe jest w 2018 roku nakręcenie tak jawnej apologii nazizmu. I najprostszą odpowiedzią wydaje mi się być – przypadkiem.

Alepokolei. Przede wszystkim – gdzie nazizm? W postaci Thanosa. W wielkim skrócie: w klasycznych komiksach jego główną motywacją do zgładzenia wszechświata była miłość do marvelowskiej zantropomorfizowanej Śmierci, gdzie wszystkie żyjące istoty miały stanowić posag, wiano, podarek dla ukochanej. Motywacja kompletnie pozbawiona racjonalizmu ale przez to też paradoksalnie pasująca do stawek w kosmicznych rozgrywkach pozaziemskich storyline’ów Marvela – przypominająca niejako bezradne rozważania bohaterów Lovecrafta na temat tego czego może chcieć Cthulhu czy inni przedwieczni; próba zrozumienia czy negocjacji jest skazana na porażkę wobec skali szaleństwa Tytana i banalnej prostoty jego motywacji.

W filmie zamiast tego otrzymujemy znacznie bardziej „ludzką” postać, wrażliwca targanego wątpliwościami, ekstremistę który wybrał drogę przemocy w imię Większego Dobra. Przemocy rozumianej jako zgładzenie połowy wszechświata. W jakim celu? Realizacji wizji Thomasa Malthusa, i to w interpretacji nawet nie na poziomie licealnym. Kto wizji św. Thomasa nie zna, niech wie że sprowadzają się one do prostego założenia: za dużo na świecie gęb do wykarmienia a za mało zasobów, bez regulacji populacji (przez samego filozofa rozumianej mocno rasistowsko) czeka nas wyłącznie wojna o ostatnią szklakę czystej wody. Cóż, postęp technologiczny pozwala nam od ponad 200 lat kiwać z politowaniem głową nad tymi teoriami, tym bardziej nie wiadomo więc czemu pochodzący z uniwersum z wszelkiej maści teleportacjami, transmutacjami i podróżami nadświetlnymi Thanos miałby być przekonany o jej słuszności. Efektem zaś zejście z poziomu starcia z kosmicznym Tytanem, przedwieczną istotą, do potykania się z – pozornie – nieco bardziej elokwentym nazistą uzurpującym sobie prawo do decydowania o prawie do życia całych cywilizacji.

Gdyby jednak jedynym problemem filmu było to, iż Główny Zły wierzy w głupie pseudoteorie… nie, nie mówilibyśmy wtedy o problemie, jedynie o standardowej kliszy. Znacznie gorsze są dwie inne rzeczy, przez które widz ma najwyraźniej na poważnie analizować koncepcję wybicia połowy wszechświata niczym dylemat wagonika. Po pierwsze, ciężar samego MCU i próba upchnięcia możliwie wielu postaci w jednym filmie. Po drugie, nieporadna próba walki ze wspomnianą kliszą.

Co rozumiem przez ciężar? Otóż próba wsadzenia wszystkich postaci (prawie – z całej plejady pierwszoplanowych uchował się jedynie Ant-Man, no i półtoraplanowy-bez-własnego-filmu Hawkeye) kończy się dramatycznym brakiem czasu dla jakichkolwiek klasycznych linii fabularnych. Żadna z postaci się nie rozwija, żadna nie ulega zmianie, żadna nie spełnia żadnej roli w opowieści poza tym jaką akurat mocą będzie w kolejnej scenie łupać w złych – obstawiam że moglibyśmy dowolnie powymieniać połowę obsady rolami i otrzymać tę samą historię, na przykład gdyby Ebony Maw opuszczając Nowy Jork zabrał ze sobą na gapę kogoś innego niż Starka i Parkera.

I w sumie czemu mielibyśmy chcieć rozwoju? Przecież doskonale wiemy kim jest Iron Man! I Kapitan Ameryka! I Strange! I Hulk! Dlatego też jedyne dialogi jakich porzebujemy to A) opisywanie gdzie jesteśmy B) opisywanie gdzie idziemy C) docinki i żarciki.
Interesowała was możliwa reakcja Starka na materializację jego koszmarów o inwazji z Iron Mana 3 i Ultrona, to jak może to wpłynąć na jego PTSD, czy dalej przeżywa wydarzenia Civil War? Ani słowa, ani jednego sygnału. Fani Kapitana Ameryki zastanawiali się pewnie jak przez te kilka lat ułożył sobie relację z Buckym, ewentualnie co robił – czy ścigał resztki Hydry (Antyfani sarkali pytająco czy od Civil War przeszedł mu nastrój na faszyzowanie); nie, nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Twórcy sygnalizują tragiczny wątek Hulka który nie chce już wychodzić z Bannera… ale zapominają o nim i nie przedstawiają rozwiązania ani nawet informacji czy jest w ogóle co rozwiązywać. Zabawne, że jedyny moment refleksji przypada Thorowi (Hemsworth rewelacyjny w scenie i całej roli), gdzie nie mam pewności czy świeżo po Ragnaroku w ogóle go potrzebował.

Co otrzymujemy? Romans mdłej Wandy (gdzie jej postać jest tak bardzo niedookreślona, że nie posiada żadnych cech z poprzednich filmów) z mdłym Visionem (który już wcześniej był tak bardzo niedookreślony, że jego kompletny brak charakteru w tym filmie jest w sumie naturalny). Upchnięty w kilka scen, z nieporadnym motywem ‚Chcę być prawdziwym chłopcem’ naszego Pinokia. O którym to motywie twórcy zresztą błyskawicznie zapominają.

Tak więc wszystkie ważne sceny ze znanymi i lubianymi (no, na ogół) postaciami to tak naprawdę li tylko sceny akcji. Tyle że film nie może się składać z samych wybuchów i walk, prawda? I tu wchodzi Thanos, cały na fioletowo.

Prawie każda wolna scena, prawie każdy moment łapania tchu przez film poświęcony jest jemu i jego ruminacjom nad arcytrudną misją utrzymywania równowagi we wszechświecie; jest go tak dużo, że film mógłby się właściwie nazywać Thanos: Infinity War. I niewątpliwie pasowałoby to do wszystkich scen z przeciągłymi smyczkami, zbliżeniami na strapione czoło, niekiedy nawet na łzy cieknące po fioletowych policzkach. Przejmująca muzyka i gra Josha Brolina – który w przeciwieństwie do innych villainów z Phase 3, takich jak Killmonger czy Vulture, nie próbuje nawet sugerować żadnej dwuznaczności motywów fioletowego filozofa-ludobójcy – sugerują, iż mamy traktować go absolutnie serio. I o ile widz z w miarę uformowanym kręgosłupem moralnym ne ma większego problemu ze zbyciem argumentacji zbolałego kosmicznego Hitlera, o tyle żaden – żaden! – z bohaterów MCU nie ma okazji stanąć do słownej szermierki, nawet w tak szczątkowej formie jak Stark z Lokim w pierwszych Avengersach. Doświadczamy próżni, w której to bełkot Thanosa kwitnie, niezagrożony atakiem ze strony którejkolwiek z wartości których to rzekomo symbolami są herosi Marvela. Co więcej, twórcy popełniają straszliwy moim zdaniem błąd pozwalając Thanosowi na chełpienie się skutecznością jego metod przed Gamorą – bez jakiejkolwiek weryfikacji czy mówi prawdę (a film w żadnym momencie nie sugeruje by mu nie wierzyć, ba, pokazuje że gardzi on kłamstwem!).

Wspomniane smyczki, łezki i przechwałki prowadzą nas do drugiego ze wspomnianych problemów – nieudolnych prób stworzenia unikalnej postaci Głównego Złego. Nietrafiona humanizacja Thanosa i sprowadzenia go do poziomu typowo ludzkich motywacji jest odpowiedzią na krytykę postaci Złych z pierwszych dwóch faz MCU i/lub próbą kontynuacji trendu wyznaczonego przez Złych z fazy trzeciej.

Thanos jednak nie posiada wdzięku żadnego z ostatnich postaci. W przeciwieństwie do Heli z Ragnaroka nie ciągnie się za nim atmosfera szekspirowskiego dramatu, rodzinnego sekretu i żądzy zemsty – zamiast tego mamy wspomniane powyżej malthuzjańskie rozterki w wersji dla gimnazjum.
W przeciwieństie do Vulture’a z Homecoming nie widzimy kompromisów na które musi iść dla osiągnięcia swych celów, ich kosztów – Vulture mógł całkiem szczerze mówić iż chroni swoją rodzinę i bliskich, gdzie jednocześnie widzieliśmy efekty jego działań dla lokalnej społeczności. Gdy twórcy próbują dać Thanosowi szczyptę – szczyptę, bo film wychodzi z siebie by nie pokazywać zbyt dokładnie scen ludobójstw na innych planetach –  tego samego mechanizmu lądujemy właśnie na poziomie dylematów wagonika.
Wreszcie, w przeciwieństwie do Killmongera z Czarnej Pantery, nie mamy najmniejszej sugestii, iż Thanos tak naprawdę może być po prostu zaślepiony swoim celem. O ile sam Killmonger przekraczał kolejne granice na zimno, prąc do celu ze stalową wolą, tak scenarzyści pozwalają Thanosowi na ronienie łezek nad „trudnymi” decyzjami.

Co jest jedną z owych trudnych decyzji? Ekhem, spoiler w następym akapicie.

 

 

Thanos po pojmaniu Gamory wydobywa od niej informację, iż jeden z kamieni znajduje się na planecie Vormir. Udaje się tam z nią, aby od strażnika kamienia usłyszeć, że celem uzyskania kamulca musi zabić coś co kocha. Gamora zaczyna się triumfalnie śmiać, wtórują jej psycholodzy obecni na sali – przecież cholerny psychopata nie skręci sobie karku, prawda? I bum, fioletowy miś przy akompaniamencie smutnej muzyki zabija swoją przybraną córkę aby dalej móc realizować plan kosmicznego ludobójstwa. A kamień uznaje jego ofiarę i pojawia się w wielkiej łapce.
Tak, oglądają państwo film o superbohaterach. Tak, powyższe ma być dowodem głębi charakteru Thanosa. Nie, nie jesteśmy na grzybach.

 

Spoilerów koniec.

Absolutnie obrzydliwa scena, obrzydliwie zagrana i o obrzydliwych implikacjach. Trudno mi dać sobie wmówić, że jest to jedynie prezentacja głębi upadku Thanosa – nie jeśli przedstawiona jest narzędziami rezerwowanymi dla symboliki poświęcenia.
Dołóżmy do tego malthuzjanizm, brak kontrapunktu dla twierdzeń Głównego Bohatera opowieści (tak!), brak zagrania kartą ‚sprawdzam’, brak jakichkolwiek poważnych przypomnień, iż Thanos jest po prostu mordercą.
Wszystko to można zrzucić na karb formatu filmu, na stosunkowe ubóstwo czasowe dwuipółgodzinnego seansu w porównaniu do możliwości oferowanych przez wielotomowe komiksowe crossovery, wreszcie na zwykłą nieporadność – ale faktem jest, iż głównym motywem najnowszych Avengersów jest dywagacja nad wrażliwością ludobójcy decydującego o bilionach istnień. Dywagacja prowadzona na kolankach, z uznaniem dla bogactwa wnętrza fioletowego Hitler-Wertera.

Znajduję to mocno niesmacznym, nawet na tyle by rozważyć ostateczne rozstanie z MCU.

//EDIT

Kilka klików z analizami innych bolączek filmu KLIK1 KLIK2 KLIK3

 

 

 

Reklamy

Mulan jako arcydzieło genderqueerowego spojrzenia na świat

Spoilers abound – ale, tak szczerze, to kto nie oglądał Mulan sam sobie winien.

Po internecie krążył swego czasu memik o Aladynie – gdyby Disney wypuszczał go dziś, alt-rajt (w sumie zwykły lololol-rajt też) zbrukałby bryczesy z oburzenia: bo islam, bo ciapaci, bo poprawność polityczna i kto to w ogóle widział disnejową księżniczkę imieniem Jasmine, oburzające.

Otóż podobnie śmierdząco a obficie zalałoby messageboardy gdyby to dziś na ekrany wchodziła Mulan – jako dekonstruująca role społeczne narracja na temat niedorzeczności przypisywania określonych ról społecznych do płci oraz pochwała gender-fluidity, zarówno w kwestii tożsamości, jak i orientacji płciowej. Opis rodem z typowego tumblr hejtu na soi bois.

Mulan ponosi porażkę w sztywno określonej przez społeczeństwo kobiecej roli;
mimo początkowych sukcesów ponosi porażkę w sztywno określonej przez społeczeństwo męskiej roli;
dopiero w finale łącząc wybrane zachowania z obu tych światów odnosi sukces.

Czuje się niekomfortowo w cyrku swatania, nie mamy jednak klisz z ukazywaniem jej jako tomboya który nie lubi makijażu czy „babskich spraw” – docenia wybrane rzeczy z tej strefy, nie musi udowadniać swojej nietypowości ostentacyjną pogardą.

Pogardy nie okazuje też wobec mężczyzn poznanych w armii – razem z Mulan poznajemy ich nieco naiwną i wpojoną przez społeczeństwo wizję ideału kobiecości, mur nieznajomości postawiony przez sztuczne role; Mulan dziwi ich punkt widzenia, ale nie wydaje ona jednocześnie jednoznacznych osądów jak bardzo są w błędzie – co sueruje iż zamiarem twórców było raczej obwinianie konstruktów społecznych niż pojedynczych osób będących ich ofiarami. Podkreślone moim zdaniem przez fakt, iż poza kilkoma żartami podczas szkolenia i sceny kąpieli film oferuje zaskakująco mało tanich genderowych żarcików.

Serce Shanga Mulan zdobywa nie jako damsel in distress ale towarzysz broni, pokazując mu te aspekty swojego charakteru, których nie spodziewałby się od postaci kobiecej. Znów, sugestia niewydolności istniejących relacji społecznych. Widz może zastanawiać się jakie byłyby szanse – nawet gdyby generał Li, ojciec Shanga był bliskim przyjacielem Fa Zhou – na to, by poznali swoje prawdziwe oblicza w rytuale swatania?

Shang z kolei to jedna z subtelniejszych, ale i piękniejszych afirmacji biseksualizmu w kinie. Poznajemy go jako osobę która identyfiując się jako gej zaakceptowała po latach swoje zamknięcie w szafie (możemy założyć iż akceptacja tej orientacji w disnejowskiej wersji Chin nie jest powszechna – nie jestem niestety na tyle biegły w sinologii by ustalić na ile twórcy bazowali na faktach, a na ile eksternalizowali swoje doświadczenia z nowoczesności).

To właśnie z tego powodu tak łatwo zbliżyć mu się do Pinga, który sam nie wysyła w świat stuprocentowo heteronormatywnych sygnałów. To dlatego też, gdy prawda na temat tożsamości Mulan wychodzi na jaw, jest podwójnie zdruzgotany – lata cierpień z ukrywaniem swojej orientacji, akceptacja swojej tożsamości jako geja, pierwsza nadzieja na związek w armii – która, w obliczu sugerowanego piekła życia codziennego, być może stała się jedynym życiem dla Shanga – wszystko to podważone przez fakt, że zakochał się w kobiecie. I realistycznie opóźnione, ale ostateczne pogodzenie się z tą sytuacją.

Do tego dużo innych, równie interesujących smaczków – m.in. Shan Yu dowiadując się, że to Mulan była „żołnierzykiem” nie urządza rytualnej sceny z „ooooh got beaten by this gurl”, walczy z pełnym zaangażowaniem. Ale zostawiam więcej pleno titulo czytelnikom, oglądać, śpiewać, zachwycać się.

Weź ten sznur nefrytóóóóóóów, dumnie masz go nosić, i jeszcze świerszcza chcę ci dać…

Majorczyński

Lewicowy publicysta to figura coraz bardziej podobna do studenta prawa; tak jak wystarczy, by żak otworzył usta abyśmy poznali wybrany przezeń kierunek, tak i publicysta pewnikiem da nam znać o swojej tożsamości, średnio co tydzień tworząc nową przełomową i ostateczną receptę na sukces wyborczy lewicy.

Oto mamy casus Majora, łączącego siły z odrzucającym ostatnio ortodoksyjny symetryzm Sroczyńskim. Autorzy w nowym felietonie apelują o znaczący zwrot w strategii i taktyce lewicy (rozumianej tu przede wszystkim jako partia Razem).

Strategicznym celem dla lewicy według autorów jest przejęcie progresywnego elektoratu PO-N – wyborców światopoglądowych, najbardziej oburzonych wynikami głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety; zniesmaczonych postępującą redukcją wszelkich planów opozycji do „bij kaczora”; młodych Europejczyków, którzy, nawet jeśli nie do końca wierzą w ewentualny Polexit, na pewno woleliby nie ryzykować swoich Erasmusów, wczasów, sieci kontaktów.

Jak miałby wyglądać powyższy plan w praktyce? Autorzy proponują przede wszystkim „atak miniprojektami obywatelskimi” – ofensywę, w ramach której zamiast jednego dużego projektu lewica pozaparlamentarna w drobnych odstępach czasu zgłaszałaby dużo drobnych ustaw i poprawek, co miałoby zapewnić stałe zainteresowanie medialne i wpływ na kształtowanie debaty publicznej.
Tu pojawia się pewien problem, wynikający być może z braku praktycznego doświadczenia autorów w tematach polityki niższego szczebla – lewica nie ma możliwości zbierania stu tysięcy podpisów co tydzień. Prawdopodobnie nie ma go zresztą żadne środowisko w Polsce. Nawet stronnictwa antyaborcyjne korzystając ze wsparcia sieci kościelnych potrzebowały sporo czasu na zebranie głosów w imieniu jednej z najbardziej kontrowersyjnych i polaryzujących spraw w debacie publicznej – gdzie lewicy zaleca się rozdrabnianie na mikre, technokratyczne inicjatywy a’la komisja Przyjazne Państwo Janusza Palikota. Trudno nawet spekulować nad powodzeniem takiego planu jeśli praktycznie zerowe są szanse na jego empiryczne przetestowanie.

Być może to moja zła wola i źle zrozumiałem felieton – i chodzi tu o składanie projektów przez zaprzyjaźnionych posłów i/lub komisje sejmowe. Co ma jeszcze mniejsze szanse powodzenia, jeśli zakładamy że członkowie PO/PSL/N będą A) zgłaszać projekty konkurencji, ku B) zyskowi owej konkurencji, a następnie C) bronić owych cudzych pomysłów przed D) pewnym odrzuceniem ich przez większość sejmową (bo hej, nie korzystamy w tym momencie z płaszczyku obywatelskości który pozwala na wydobycie przynajmniej kilku głosów z K15 i PiS). Nie.

Nawet zakładając iż liczymy na sam rozgłos medialny związany z machaniem przez Adriana Zandberga i Marcelinę Zawiszę teczką pełną projektów (patrz niebieski segretator Beaty Szydło) – jakie konkretnie projekty miałaby składać lewica według duetu Major-Sroczyński?
Są wśród nich dość bezpieczne koncepty, mogące faktycznie zyskać uznanie progresywnych (progresywnych w skali Polski, gwoli jasności) wyborców – takie jak choćby zakaz szczucia wizerunkiem rozrywanych płodów w bezpośredniej bliskości szkół czy szpitali.
Są nieco bardziej wątpliwe. Postulat wprowadzenia zajęć z edukacji seksualnej autorzy powinni jednak skonsultować z np. grupą Ponton – czy na pewno jest to temat na jeden drobny projekcik, czy na pewno lewica chciałaby walczyć o „nakaz” oraz czy na pewno jest to temat na sztandary a nie siekiera wymierzona w puszkę pandory.
Są też koncepty zdradzające kompletne nieprzygotowanie autorów – tak jak wtedy, gdy radzą Razem co partia może wyjąć, a co zostawić w projekcie ustawy aborcyjnej – ustawy, przypominjmy to, autorstwa stowarzyszenia Ratujmy Kobiety. Ustawy, pod którą Razem zbierało podpisy, to prawda, ale w imię i na dowód lewicowej solidarności.
W ten sposób, nawet niezależnie od tego jak oceniamy medialność powyższych projektów, wracamy do kwestii operacyjnej – zważywszy jak długo trwało zbieranie podpisów przez lewicę pod tym sztandarowym projektem, owa ofensywa tysiąca cięć jest nie do przeprowadzenia kanałem sejmowym. Jest jednak inna strefa, w której można wprowadzać w życie mnóstwo podobnych drobnych usprawnień, także i w sposób przyciągający uwagę mediów. Otóż – żaden z autorów nie pamięta o samorządzie.

Mając w pamięci ostatni sondaż oko.press – dający szerokiemu blokowi lewicowemu jedenastoprocentowe poparcie – możemy spekulować, iż koalicja R-Zieloni-InicjatywaPL-RuchyBiedronia-WszyscyLewicowcyNieUfającySweterkomCzarzastego będzie w stanie wprowadzić kilku radnych w dużych i średnich ośrodkach miejskich. Gdzie będą mogli do woli wnosić projekty, oraz, w wypadku Poznania czy Warszawy, bez problemu zadbać przy tym o zainteresowanie mediów. Ten jeden raz warszawocentryzm i ślepota żyjących w tej bańce koncernów medialnych grałyby na korzyść lewicy.

 

Wydaje się, że autorzy również pamiętali o owym sondażu. Tak przynajmniej tłumaczę sobie pointę felietonu, rodem z z 2011 roku i rozważań na temat tego jak głęboko zajdzie zapateryzacja zarządzona przez wielką koalicję PO-LiD.
Oto mamy bowiem – wracającą jak bumerang – propozycję współpracy z SLD. Propozycję znów będącą odwrotnością konceptu gry o sumie niezerowej – bo wszystkie strony by na niej traciły. Notując udaną współpracę Razem z innymi ugrupowaniami lewicowymi w przedbiegach do wyborów samorządowych, widać jak duże szanse są na zmienienie optyki z „Lewica nie chce rozmawiać ze sobą” na „Lewica nie chce rozmawiać z SLD”.
I tym dziwniejszy jest ten postulat biorąc pod uwagę główną tezę autorów. Bo wielkomiejski wyborca SLD to w tej chwili nie jest 20-30 latek na umowie zlecenie; jeśli ktokolwiek z warszawki głosuje na SLD to raczej jest to wilanowski mężczyzna 40+, konserwatywny światopoglądowo / liberalny gospodarczo, różniący się od typowego zamożniejszego POPiSowca co najwyżej ukąszeniem antyklerykalnym i/lub historią osobistą.

Do powyższego możemy dołożyć twierdzenie autorów iż tzw. Lud (czymkolwiek miałby być) jest nie do odbicia i na pewno zostanie w rękach PiS. Łącząc to z argumentem współpracy z SLD, schowania „niebezpiecznej” obyczajówki przez cherrypicking z praw LGBT, odpuszczenia tematu socjalu – z oczekiwań duetu wyłania się nam obraz prawielewicowej Platformy 2011, Platformy z Arłukowiczem i Rosatim, Platformy która – jak to do dziś kwiczy nad herbatą lewicowy fapcyrkiel – według publicystów miała pójść drogą Jose Zapatero i wstrząsnąć zapyziale katabańskim krajem. Wyszło jak wyszło.

W tekście puściłem sporo mniejszych i większych złośliwości – koniec końców nie uważam go jednak felietonu duetu za bezwartościowy. Otóż tak, wyborca „światopoglądowy” powinien stanowić jedną nóżkę Razem, to m.in. dzięki niemu Razem w ogóle może cieszyć się subwencją. Faktycznie to on będzie (jest?) najcenniejszą masą spadkową po Nowoczesnej – niech świadomych gospodarczo liberałów przejmie Gowin ze Schetyną, młodszych managerów na śmieciówce, zainteresowanych związkami partnerskimi i przestraszonych smogiem, Razem faktycznie może zainteresować.

Nie zgadzam się jedynie z koncepcją iż ma się to odbyć kosztem tożsamości lewicy; nie kupuję argumentu iż w skali strategii jest to albo-albo; nie wierzę ani w sojusz z Sojuszem ani koncepcję Nowoczesnej-Fajniejszej-Platformy. I czekam karnie na samorządowe, które powinny pokazać, iż „Lud” z wyobrażeń felietonistów nie jest monolitem. Czekam z dowodem na podorędziu.

Przewrażliwienie

Wśród środowisk LGBT burzę wywołały słowa Borysa Budki na temat dzieci w związkach partnerskich tej samej płci i problemach z wyobrażeniem sobie takiego właśnie dziecka „które mając dwóch ojców na dzień matki w przedszkolu musiałoby przyprowadzić tatę”.

Obrońcy słów posła zwracają przede wszystkim uwagę na żartobliwy charakter wypowiedzi, podkreślony niejako przez jego zastrzeżenie „nie chcę być infantylny, ale…” którym rozpoczął myśl.

Niektórzy zwracają też uwagę na przesadny ton oburzenia, zwłaszcza iż – po tym jak koalicja PO-PSL (choć głosami także i posłów Ruchu Palikota) wprowadziła w poprzedniej kadencji związki partnerskie.

„Należy zwrócić uwagę, iż osoby o, powiedzmy, niestandardowych zachowaniach seksualnych są już de facto zrównane w prawach z normalnymi obywatelami” – powiedział nam politolog Tygodnika Opinii. „W związku z tym – pole do grania oburzeniem powoli się tu kończy, nie mówimy tu o sytuacji w której państwo dalej aktywnie prześladuje określoną grupę społeczną niczym czarnoskórych w Stanach. To myślenie spiskowe”.

Wtóruje mu koleżanka partyjna posła Budki. „Mnie i mojej żony to absolutnie nie rusza. Znamy Borysa, kiedy całą partią uczestniczyliśmy w ostatnim Marszu Równości sam pomagał nam uszyć jeden z transparentów. Tylko raz zażartował że to zajęcie dla baby. No a nie jest?”

Wydaje się więc, że zarówno stałe i instytucjonalne wsparcie ze strony ugrupowania posła jak i też rządu przezeń popieranego oraz same jego indywidualne czyny pozwalają nam jednoznacznie ocenić, że nie ma tu mowy ani o systemowych ani też personalnych uprzedzeniach.

Ruch LGBT musi przestać myśleć o swoich sprawach w kategoriach prześladowań i nagonek, przestać ustawiać się w roli czarnego luda – a powinien zacząć po prostu korzystać z miriady praw wywalczonych – i wywalczanych dalej, przez III już kadencję pod rząd! – dla niego przez Platformę Obywatelską.

Panowie i panowie, panie i panie – trochę dystansu. Na żartach się kurwa nie znacie.

Woślitz

Woślitz na popijawie na kolegium Polityki mocno przeholował.

Następnego dnia, żeby rozwiać wątpliwości, wchodzi do gabinetu Włanickiego i pyta:

– Słuchajcie, czy domyśliliście się po wczorajszym, że jestem symetrycznym agentem?

– Nie – przyznał Włanicki.

Woślitz odetchnął z ulgą.

==================

Po całodziennym dniu ciężkiej służby dla dwóch konkurencyjnych stronnictw politycznych zmęczony Woślitz wrócił do domu.

Usiadł w fotelu i położył głowę na stole. Była to głowa Balcerowicza.

==================

Woślitz wszedł do gabinetu Włanickiego i spytał:

– Herr Włanicki, czy chciałby pan pracować jako pożyteczny idiota Szefernakera? Dobrze płacą w lajkach.

Włanicki zszokowany, podrywa się ze złością, potem przypatruje się podejrzliwie Woślitzowi.

Woślitz zaczyna wychodzić, ale zatrzymuje się i pyta:

– Gruppenführer, czy ma pan aspirynę?

Woślitz przeczytał u Piketty’ego że ludzie zawsze pamiętają tylko koniec konwersacji.

==================

Podczas tankowania samochodu na stacji benzynowej, Woślitzowi zachciało się zapalić.

Włożył do ust papierosa i już miał przypalić, kiedy nagle usłyszał głos policjanta:

– Zwariowałeś, człowieku? Chcesz nas wszystkich puścić z dymem, idioto?

To wtedy Woślitz znienawidził reżim i stał się libertarianinem.

==================

Gdy Woślitz był u Włanickiego w gabinecie, ten nagle krzyknął:

– Woślitz, ty masz czerwone majtki!

– Jak wie, że mam czerwone majtki, to wie, że jestem komunistą – pomyślał Woślitz.

– Tak, jestem komunistą!

– Co ty mi tu pieprzysz, Woślitz? Zapnij lepiej rozporek! – powiedział Włanicki.

==================

Włanicki postawił przed Woślitzem 10 litrów kraftów.

– Wpadłem – pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz i Sroczyński uciekają przed Liberałami.

Wpadają w ciemną uliczkę, z której nie ma wyjścia. Sroczyński zdążył się schować do śmietnika, a Woślitza złapali Liberałowie.

Kiedy go prowadzili i przechodzili obok śmietnika, Woślitz kopnął śmietnik i powiedział:

– Sroczyński, wyłaź. Już po wszystkim. Złapali nas!

==================

Woślitz idzie przez miasto. Zobaczył trzech mężczyzn palących na zmianę jednego papierosa.

– Doły społeczne – pomyślał Woślitz.

– Woślitz – pomyśleli redaktorzy gazeta.pl

==================

Woślitz poszedł do dołów społecznych, ale ani socjalistów ani komunistów ani nawet socjaldemokratów nie było.

– Pewnie nie sezon – pomyślał Woślitz, siadając obok flagi ze swastyką.

==================

Woślitz, spacerując latem nad rzeką, zauważył nad brzegu człowieka z wędką.

– Jak biorą? – zagadnął.

– Dobrze – odpowiedział człowiek.

– Ofiara neoliberalizmu – pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz, spacerując po berlińskich ulicach, ujrzał grupę smagłolicych mężczyzn z bujnymi ciemnymi brodami i w turbanach na głowach.

– Kiepskie sondaże– pomyślał Woślitz.

==================

Woślitz wszedł do gabinetu i ujrzał martwego Włanickiego.

– Neoliberalizm – pomyślał Woślitz, przyglądając się rączce siekiery sterczącej z piersi.

==================

Woślitza postrzelił patrol Hitlerjugend.

To głos ludu – pomyślał Woślitz.

==================

Idzie Woślitz ulicami Berlina 45, wszędzie gruz i leje po bombach

– Tak działa neoliberalizm! – pomyślał Woślitz.

==================

Zebranie partyjne.

– Wyklęty powstań ludu ziemi!

Himmler i Muller patrzą dziwnie.

– Klasa średnia nie dorosła do rewolucji – pomyślał Woślitz.

 

 

Lewica jako pakiet

Osoby nawet dość pobieżnie śledzące mój profil na Twitterze zapewne znają mój – by to nazwać delikatnie – ambiwaletny stosunek do redaktora Wosia oraz szkół myślenia i metod poznawczych które promuje w swoich artykułach.

Z wielu michałków które przewijają się u redaktora – a niejako też, w różnym stopniu, u części innych para- wannabe- symetrystów – jednym z najbardziej pasjonujących łamane przez irytujących jest selektywne nastawienie do pakietowości lewicowej myśli politycznej.

O co w tym wypadku mi chodzi? Jak zawsze, o najprostsze lustereczko – tak jak syty korpomenago z centrum miasta głosujący na .N zakłada iż wystarczy być za legalizacją marihuaniny i związków partnerskich (w jakiejkolwiek formie) by móc szczycić się byciem „centrolewicowcem”, tak te wosiowe rozumienie lewicy oznacza iż z całego pakietu socjaldemokratycznego można wybrać michę i Marks nie siada.

Jedną kwestią jest zrozumiały namysł nad krótkoterminową taktyką wyborczą, rozkładem akcentów, etc. – rozważania czy polska lewica ma być bardziej „prorobo czy prohomo” są starsze niż KryPol i nudniejsze niż Sierakowski – inną jest jednak kwestia pogardy okazywanej przez rozmaitych akolitów wosizmu, tu cytat, „skansenowi obyczajowemu”. Gdzie, biorąc pod uwagę jak wiele (i słusznie!) linijek redaktor Woś poświęcił językowi pogardy IIIRP wobec ludzi pracy, można wymagać nieco więcej refleksji przed nazywaniem nagłaśniania codziennych dramatów życia w Polsce „skansenem”.

Dla mnie są to echa starych lewicowych lęków przed „piórami w dupie na paradzie”, przez które mamy udawać że Dominikowi z Bieżunia nic się nie stało; starolewicowa naiwność, iż wystarczy tylko kilka lat dochodu podstawowego by żony przestały być bite na śmierć przez mężów; paternalistyczna pycha warszawki, iż wystarczy zatrudnić Sebixów w spółdzielniach by przestali bić śniadych obywateli na ulicach.

Odraza do tego „skansenu” w tej czy innej formie jest całkiem popularna w rozmaitych kręgach naszego lewicowego piekiełka. Czy to w formie oszołomów dumnie noszących miano „lewicy antyfeministycznej”, czy też czerwonych odpowiedników republikanów w trzyrzędowych garniturach cichających z niesmakiem na niepoważnych zboczuchów szkodzących Sprawie i wzdychających do jakiegoś new age ideału Człowieka 2.0.

Tymczasem lewicowość i socjaldemokracja to właśnie pewien pakiet idei. Widać to po zachwytach redaktora Wosia nad rozmaitymi aspektami rządu PiS – jeśli przycinamy lewicę do kilku praktyk gospodarczych to nawet sympatyzująca z autorytaryzmem prawica staje się wyznawcą Marksa; w tym ujęciu nawet interwencjonizm ONR zapisany w programie tych znanych bolszewików jawi się jako awangarda zmian. Nie mówiąc już o manifeście faszystowskim Mussoliniego, który też zapowiadał walkę o 8-godzinny dzień pracy i ochronę praw robotników.

Praktycznie ciągle słyszymy wzdychanie do Skandynawii i jej socjaldemokratycznego cudu – i on się wziął właśnie m.in. z holistycznego wcielania w życie założeń lewicowej polityki. Na dodatek – z przyczyn nie tylko stricte ideowych ale i pragmatycznych. Wolne, kontrolujące swoje życie i mogące swobodnie pracować kobiety oznaczają większą bazę podatkową. Obywatele LGBT+ mogący swobodnie okazywać swoją tożsamość w sferze publicznej to obywatele zdrowsi i bardziej pożyteczni. Inkluzywne społeczeństwo otwarte na imigrantów oznacza swobodny przepływ idei i większą łatwość w zaspokajaniu popytu na siłę roboczą o różnym stopniu wykwalifikowania. No i kwestia działań policji, prokuratury i innych siłowych organów państwa – funkcjonariusze znający swoje kompetencje i podstawy prawne wykonywanych działań to nie tylko większe zaufanie ale na dłuższą metę także i większa efektywność.

Long story short – mogę powiedzieć jedno osobie, która określa się „lewicą antyfeministyczną” czy w ten czy inny sposób wyjada sobie odpowiednie kąski z bufetu socdemu.
Mogę powiedzieć – prawico, spierdalaj.

Seks w wielkim neoliberalizmie

W zeszłym miesiącu na łamach Krytyki Politycznej ukazały się dwa ciekawe artykuły – wywiad z camgirl KittyTease oraz felieton Świętej Ladacznicy, pracownicy seksualnej. Oba z tych tekstów podnosiły kwestię legalizacji pracy seksualnej a także samej natury tego zajęcia z perspektywy osób które dobrowolnie się jej podejmują – w tym relacji seks za pieniądze a feminizm.

Po pewnym czasie Krytyka opublikowała odpowiedź kryminolożki zajmującej się tematyką prostytucji, Magdaleny Grzyb. Odpowiedź mocno krytyczną, zrównującą niejako pracę na rzecz normalizacji wizji seksu ze wspieraniem mafii i handlarzy ciał. Zachęcam do lektury, mój własny komentarz skupiony głównie na metodologii i dekonstrukcji argumentów autorki – poniżej, w części I tej notki.

Artykuł odbił się szerokim echem w polskich środowiskach lewicowych – gdzie wielu polityków, działaczy a także sympatyków lewicy poparło jego tezy. Kilka wyimków z szerszej rozmowy na ten temat w części II.

Szersze konkluzje z tej debaty i wnioski nt. polskiej lewicy, feminizmu i stosunku do seksu – w części III. Pisząc notkę starałem się by czytelnik mógł zapoznać się z każdą z nich w dowolnej kolejności.

I

Na łamach Krytyki Magdalena Grzyb ogólnie krytykuje model (nazwijmy go tak dla uproszczenia)  niemiecki, wedle założeń którego Państwo legalizuje rynek usług seksualnych i aktywnie na nim działa.
Jako najpoważniejszy argument wysuwany jest fakt, iż mimo przyjęcia owego modelu przez takie kraje jak Niemcy czy Holandia doświadczyły one m.in. dalszego wzrostu handlu żywym towarem z krajów trzeciego świata – gdzie nielegalne imigrantki dalej stanowią większość prostytutek – a branża wciąż wymyka się próbom regulacji. W opozycji do tych rozwiązań autorka opisuje (choć niestety ich nie wymienia) państwa, które kryminalizując kupowanie seksu miały ograniczyć zjawisko handlu.

Z twierdzeniem tym mam jednak kilka problemów. Po pierwsze – metodologiczny.
Co świadczy o skuteczności kryminalizacji? Na ile zwiększenie kar i skupienie uwagi organów ścigania na danej sferze może przynosić trwałe efekty, na ile zaś przypomina o „sukcesach” odnoszonych w walce z narkotykami przez USA w erze Reagana czy polską policję na przełomie XX i XXI wieku? Gdzie dane dotyczące szarej strefy?

Co więcej – problem imigracji nie jest ograniczony tylko i wyłącznie do zagadnień prostytucji. Jak oceniać wpływ kryzysu migracyjnego i faktu, iż Niemcy czy Holandia są i jeszcze przez dłuższy czas będą finalną stacją dla uchodźców z krajów trzeciego świata?

I dalej – nie ma przykładu danych z innych państw stosujących ten model, nie możemy więc też skonfrontować innych założeń, na przykład – iż rządy niemieckie i holenderskie niewłaściwie egzekwowały tę politykę, testowały ją za krótko, użyły niewystarczających środków, etc etc.

W wypadku dokładności statystyk dotyczących handlu ludźmi wypada też przypomnieć słynne prawicowe manipulacje dotyczące „szwedzkiej plagi gwałtów” – w wypadku których astronomiczne w porównaniu do Polski liczby świadczą właśnie o efektywnej prewencji i aktywnych działaniach policji.

Na założeniu skuteczności polityki zakazu opiera się cała reszta artykułu – to na jego podstawie autorka odmawia osobom dobrowolnie zajmującym się prostytucją miana pracowników oraz ucina wątek wpływu legalizacji na ich bezpieczeństwo oraz na możliwość wykrywania przypadków wymuszeń. Komentując temat osób zmuszonych do prostytucji jedynie z przyczyn ekonomicznych – nie pyta o alternatywy dla ich sytuacji i ewentualną poprawę płynącą z regulacji. Nie komentuje też kwestii samego popytu na usługi oraz wpływów ewentualnego masowego „zniesienia płatnego seksu” na świat podziemia i jego brutalność.

Nie porusza też tematu usług seksualnych dla osób niepełnosprawnych – które to usługi często są dla nich jedyną perspektywą na stałe i pewne relacje tego typu. Jakie propozycje ma dla nich? Masturbację czy terapię bromem?

Pozwala sobie jednak na inne, dość odważne, stwierdzenia – w wypadku których z chęcią zapoznałbym się z opiniami specjalistek i specjalistów z kilku innych gałęzi nauk społecznych:

W komercyjnej eksploatacji seksualnej nie chodzi o seks czy przyjemność, ale raczej o kupno chwili dominacji i władzy nad czyimś ciałem, co w warunkach kulawego, ale mimo wszystko postępującego, równouprawnienia, może się wydawać niektórym mężczyznom tym bardziej atrakcyjne.

Chodzi zatem o kapitalizm i patriarchat umacniany przez neoliberalne polityki, dyskurs normalizacji eksploatacji seksualnej i pornokrację.

W tym krótkim fragmencie mamy dość ciekawą sugestię, że mężczyźni (bo w tej wizji tylko hetero cismężczyźni korzystają z prostytucji) wybierają prostytucję ze strachu przed równouprawnieniem oraz (najwyraźniej) z powodu jakiegoś rodzaju seksualnej ułomności skutkującej potrzebą dominacji; do tego szczypta zarzutów o odchylenie neoliberalno-kapitalistyczne.
Zachęcałbym do dalszych badań – bo jeśli znalazłyby się na to dane, mielibyśmy prawdziwą naukową bombę pod seksuologię (a pewnie i wielu innych nauk).
Ale pewnie małe na to szanse, skoro:

W niektórych krajach przejęły dyskurs akademicki i części liberalnych feministek, według których „praca seksualna” jest formą wyzwolenia kobiecej seksualności w warunkach ekonomii kapitalistycznej. Nie trzeba już więc porywać młodych kobiet, terroryzować i szprycować narkotykami, wystarczy umiejętnie połączyć i wykorzystać elementy kultury maczystowskiej ubierając ją tak, by wyglądało nowocześnie, elegancko i glamour. Dokładnie tak, jak robił to słynny Czarek Mończyk w Balladzie o lekkim zabarwieniu erotycznym lub jak fantazjowała Ladacznica oglądając PrettyWoman.

…środowisko zostało zinfiltrowane przez mafię i kapitalizm a osoby dobrowolnie pracujące seksualnie są albo agentami albo bezwolnymi marionetkami Systemu. Nie ma więc co konsultować pomysłów z seksuologami – to lobbyści! W tym miejscu powinienem wtrącić, że w wielu krajach zwolenników legalizacji rekreacyjnej marihuany też próbowano zdemaskować jako siepaczy gangów narkotykowych. Z różnymi skutkami.

Tu uwaga, będąca niejako podsumowaniem moich uczuć na temat tego artykułu – nie jest moim zamiarem podważanie ogromu zjawiska handlu żywym towarem ani koszmarów czekających na osoby zmuszane do prostytucji. Nie zamierzam jednak bezkrytycznie akceptować sugestii korelacji między brakiem możliwości walki o legalne i ogólnodostępne usługi seksualne a walką z podziemiem.

Nie mogę też akceptować sytuacji w której autorka  odmawia praw świadomym i dobrowolnym pracownikom seksualnym na podstawie kiepsko uargumentowanych i pachnących tanim kaznodziejstwem spekulacji o ich niewolnictwie względem bliżej nieokreślonego demona neoliberalizmu.

Demon ten niejako w naturalny sposób prowadzi nas do części II oraz reakcji szeroko rozumianej socjalistycznej i socjaldemokratycznej lewicy.

II

Artykuł został podany dalej na Facebooku przez Kubę Daneckiego – byłego członka partii Razem. Poparł on autorkę, wyrażając jednocześnie krytykę wobec „odchylonych liberalnie” środowisk feministycznych i ich obsesji na temat seksu. Skrytykował też uzurpowanie sobie przez „ludzi uczestniczących w handlu ciałami” pojęcia „pracownik seksualny”.
Jak wspomniałem Kuba nie jest już członkiem R, jego post zebrał jednak sporo lajków i innych wyrazów wsparcia od działaczy partii, trudno też oceniać samego Daneckiego jako kogoś innego niż człowieka szeroko rozumianej lewicy.

Poniżej jedna z wypowiedzi:

Nie wiem niestety czy Danecki jest z wykształcenia neurokognitywistą lub tez może seksuologiem – ośmielam się stwierdzić, że w takim wypadku nie wymyśliłby tak awangardowej analizy struktur fizjologicznych mózgu – a gdyby jednak dał radę ją udowodnić, to moglibyśmy dumnie czytać o niej w największych pismach naukowych .

Przyjmijmy jednak jego teorię – seks jest pierwotną funkcją mózgu. Tak samo jak jedzenie. Czy osoba z gastronomii ma prawo mówić o sobie jako o pracowniku jeśli zaspokaja tylko pierwotne potrzeby? Czy reklamowanie jedzenia jest w ogóle reklamą? Czy motele, oferując łózka na nocleg, nie wykorzystują pierwotnej ludzkiej potrzeby snu?

Faktycznie, wypada powiedzieć „Głupie i niedoinformowane” i uciąć wątek.

Ale „seksualność jest wyjątkową częścią życia nie tylko z powodu wartości (…) można podchodzić do niej ze wstydem (…)” jest już bardzo niebezpiecznym tokiem myślenia, podążającym ścieżką większości katolickich fundamentalistów. Większości z nich nie przeszkadza wszak para homoseksualistów. Byleby robili to na boku i tak by nie razili innych.
Skoro mowa o homoseksualizmie – wróćmy do wcześniejszego fragmentu dotyczącego argumentu dlaczego lewica nie może jednocześnie walczyć z podziemiem i wspierać legalnych pracowników seksualnych:

danecki.png

Otóż mają za dobrze.
Chciałbym zapytać w tym miejscu osoby lajkujące post – czy zamierzacie wybrać się na Paradę Równości? Gdzie będą sami wielkomiejscy geje, korzystający z bogactwa darkroomów i umiarkowanej jak na polskie warunki tolerancji, mogący w każdej chwili polecieć do Hiszpanii po ślub? Jakim prawem cieszycie się razem z nimi, jeśli w tym samym momencie w Bieżuniu cierpi kolejny Dominik?
Ewentualnie – do jakiego progu zarobków pracownik na etacie zmagający się z naruszaniem jego praw może liczyć na lewicę?
Paskudny lapsus logiczny, opierający się wyłącznie na nie do końca uargumentowanej tezie artykułu Grzyb (patrz cz I).

Lapsus ten powielany jest nie tylko przez Daneckiego:

koba.png

Jak wiadomo każda pracownica seksualna ma ten sam wpływ na życie polityczne co Kulczyk czy Solorz. I nie musi się obawiać gwałtu, o nie.

Anka Adamczyk, członkini Rady Krajowej używa zaś neoliberalnego wytrychu – notabene polubiony został przez (również należącą do Rady) Justynę Samolińską, którą pozdrawiam i której artykułu na temat obrzydliwości pornografii naprawdę długo nie zapomnę:

samo.png

Warto też zauważyć, iż Radosław Koba z Rady razem z kilkoma przedstawicielami Zarządu Krajowego – sądząc ze wzmianki o niewolnictwie – nie wierzy w to, że porządna kobita może dobrowolnie uprawiać seks za pieniądze:

koba2.png

Mamy też i takie wypowiedzi:

pali.png

Musisz wyjść ze strefy komfortu. Jesteś seks-zwycięzcą. Wystarczy odpowiednia kombinacja słów…

(Na stronie – pickup artists też nie lubią prostytucji i też uważają że Prawdziwy Facet nie powinien płacić.)

I jest tego więcej. Znacznie więcej.

A wiecie czego brakuje? Pytań o bezpieczeństwo pracownic seksualnych.

Zero – zero! – uwag o potrzebach seksualnych osób z niepełnosprawnościami, zarówno jeśli chodzi o niepełnosprawność fizyczną jak i psychiczną.

Zero uwag o kwestie pracy i korzystania z usług seksualnych przez osoby LGBT.

Brak propozycji rozwiązań poza zakazać/zabronić i spekulacji o dalekosiężnych mackach neoliberalizmu. Brak pytań o efekty.
Co po prohibicji? Kraina powszechnej szczęśliwości, gdzie jak w XIX-wiecznych pamfletach o socjalizmie panuje współwłasność żon i mężów? Jakieś rozpylanie środków obniżających libido?
Czy seks został nam wciśnięty przez neoliberalizm?

Ostatni akapit może wydawać się tanią szyderą ale też tylko tanią szyderę udało mi się zauważyć w tych komentarzach – oraz ogromne pobłażanie, niechęć i wrogość wobec tematu.

III

Podsumujmy, bez szczegółów. Polska lewica ma problem z płatnym seksem.

Nie wiem czy wynika to ze starego przekonania, że nie należy dostarczać amunicji prawicy straszącej „pawimi piórami w dupie” czy też są to jakieś głębsze kwestie kulturowe – widzę jednak, jak lekceważone są głosy osób z samego środowiska, jak szybko upadają tematy debaty, jak łatwo w rozmowach przychodzi używanie argumentów i zagrywek katolickich fundamentalistów – gdzie dla niepoznaki, świadomie lub nie, potwora gender i zgniliznę zachodu zastępuje neoliberalizm i szkielet Balcerowicza.

Lewica ekonomiczna nie interesuje się tym, jak oskładkowana zostanie praca seksualna, bo pracuje to robotnik a nie baba w betach.

Lewica społeczna nie widzi problemów pracowników skoro są bogaci; zamiast tego można wygodnie krzyczeć o prawach dziewczyn z Kambodży zmierzających do burdeli w Szanghaju.

Lewica walcząca popiera związki partnerskie bo liczą się ludzie a nie wartości, ale nie poprze pracownic i pracowników bo liczą się wartości.

Lewica wolnościowa nie interesuje się efektami kryminalizacji, nie widząc jednocześnie problemu z walką o depenalizację stosowania tzw. miękkich narkotyków.

I nikt nie widzi ironii. I to mnie dziwi i boli.

PS1

Polecam uwadze wcześniejszą notkę nt pornografii i stosunku polskiej lewicy wobec niej – ten post może być traktowany jako pewna ej kontynuacja.

PS2

Świerszcze nie skończyły smętnie grać na skrzypcach od momentu gdy odbyła się ukazana poniżej wymiana zdań:

nat.png

PS3 łamane przez Edit z podziękowaniami dla uważnego czytelnika

PS4 i mam nadzieje ostatnie

Jak wskazało wielu czytelników powyższe poglądy nie opisują ani całej partii Razem ani też nie są tylko i wyłącznie autorstwa osób związanych z Razem. Na Twitterze Katarzyna Paprota z partii rozjaśniła mi zaś raczej definitywnie że nie należy też tego utożsamiać z oficjalnym stanowiskiem ponieważ nie zaczęły się jeszcze prace nad jego ustaleniem– więc zostaje mi kibicować skrzydłu neoliberalnemu i liczyć na jego możliwie duży wpływ na pracę stosownej komisji ; )

PS5

Zaczynają się pojawiać odpowiedzi samych pracownic.